Zakątek 21
Forum rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa. Porady, wsparcie, wymiana poglądów... Zespół Downa to nie koniec świata. Zajrzyj do nas - zobaczysz, że świat ma wesołe pomarańczowe barwy, a zupełnie blisko są ludzie gotowi Cię wesprzeć.

Zakątek medyczny - Pacjentem być (jak najrzadziej)

kabatka - 2007-01-02, 14:16
Temat postu: Pacjentem być (jak najrzadziej)
Czwartek najgorszym dniem na pójście do szpitala
PAP

Pacjenci przyjęci do szpitala w czwartki pozostają w szpitalu najdłużej, w porównaniu z chorymi trafiającymi tam w inne dni - obliczyli eksperci brytyjscy.

Spędzają oni w szpitalu przeciętnie jeden dzień dłużej niż chorzy przyjęci w niedzielę - oznajmili eksperci pracujący dla Institute for Public Policy Research (IPPR). Raport ten sporządzili w oparciu o dane brytyjskiej narodowej służby zdrowia (NHS) z pięciu lat.

"Nie wynika to bynajmniej z potrzeb medycznych. Wiele szpitali w weekendy zatrudnia mniejszą liczbę personelu, co powoduje opóźnienia w leczeniu i wypisywaniu chorych" - wyjaśnił z-ca dyrektora IPPR, Richard Brooks.

Dodatkowy czas spędzony w szpitalu oznacza większe koszty, blokowanie łóżek, a także zwiększa ryzyko szpitalnych zakażeń - dodał ekspert.

Pacjenci, którzy w ubiegłym roku zostali przyjęci do szpitali w niedzielę, przebywali tam średnio 5,3 dnia, natomiast "czwartkowi" leżeli w szpitalu 6,3 dnia - obliczyli eksperci IPPR. Piątek też nie jest dobry na rozpoczęcie hospitalizacji; osoby trafiające tego dnia do szpitala pozostają w nim przeciętnie 6,1 dnia.

Autorzy badania wezwali NHS do zmiany "struktur i procedur", aby do minimum skrócić konieczny pobyt pacjenta w szpitalu.

W wyliczeniach nie uwzględniono przyjęć nagłych przypadków, a także hospitalizacji dłuższej niż dwa tygodnie lub krótszej niż dwa dni.

:arrow: źródełko

Alicja - 2007-01-23, 10:21

Polskie szpitale niebezpieczniejsze niż drogi

"Rzeczpospolita": dziesięć tysięcy Polaków rocznie umiera z powodu zakażeń szpitalnych. Medycyna przegrywa z zarazkami na własnym podwórku. Gazeta podkreśla: tych zgonów można by uniknąć dbając o higienę.

Zakażenia szpitalne pochłaniają rocznie prawie dwa razy więcej ofiar, niż wypadki samochodowe, trzy razy więcej, niż zabija rak piersi. Mikroby grasujące w szpitalach są jedną z najczęstszych przyczyn śmierci w Polsce.

"Większości z tych zgonów lekarze nie są niestety w stanie zapobiec" - mówi dr Jadwiga Wójkowska-Mach z Instytutu Mikrobiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Około 70 proc. ofiar zakażeń szpitalnych stanowią pacjenci, którzy od dnia przyjęcia do szpitala bardzo źle rokują" - dodaje. A co z pozostałymi 30 proc., czyli co najmniej trzema tysiącami ludzi? "Podstawowym źródłem zakażeń szpitalnych są dziś mikroorganizmy przenoszone na rękach personelu medycznego" - mówi kierownik Katedry Mikrobiologii UJ prof. Piotr Heczko.

Mechanizm zakażenia jest bardzo prosty - czytamy w dzienniku. Jeżeli na oddziale intensywnej terapii jest za mało pielęgniarek, wtedy mają one za dużo pracy i brak im czasu na dezynfekcję rąk, kiedy przechodzą od jednego pacjenta do drugiego. Na oddziale intensywnej terapii od szybkości reakcji pielęgniarki zależy życie pacjentów. Pielęgniarki zmuszone wybierać pomiędzy szybkością reakcji a higieną wybierają szybkość i mimo woli przenoszą mikroby pomiędzy pacjentami.

"Jeżeli szpital chce poczynić oszczędności, najczęściej decyduje się na redukcję średniego personelu medycznego" - mówi prof. Heczko. "Notorycznie niedofinansowane są sale intensywnej terapii. A badania naukowe jednoznacznie wykazują, że liczba zakażeń szpitalnych jest odwrotnie proporcjonalna do liczby zatrudnionych pielęgniarek. Żeby ograniczyć liczbę zakażeń, trzeba więc zatrudniać więcej pielęgniarek albo kupić lepszy sprzęt, który w pewnym stopniu jest w stanie zastąpić pracę człowieka" - podkreśla rozmówca "Rzeczpospolitej".

czytaj dalej----->

Kalinka - 2007-02-02, 22:30

Wrocław: rodzice protestują w obronie szpitala

Dyrektor Akademickiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu od 11.00 rozmawia z ministrem zdrowia o przyszłości placówki. Wczoraj ponad 8 milionów zł placówki trafiło na konto komornicze. Może to oznaczać koniec największego w regionie szpitala. Tymczasem odbywa się protest rodziców w obronie szpitala.

Dyrektor Pobrotyn przed spotkaniem powiedział, że dług jego szpitala, to zadłużenie jeszcze poprzednich ekip rządzących, które nie zostało rozwiązane. Piotr Pobrotyn podkreślił, że organem założycielskim jego szpitala do 2001. roku był minister zdrowia, dlatego też w spłacie długu w wysokości 130 milionów złotych powinien partycypować budżet państwa.

Dyrektor Pobrotyn powiedzial, że przyjechal do Warszawy, aby przedstawić, jak wygląda realna sytuacja jego placówki oraz propozycje pomysłu wyjścia z tej kryzysowej sytuacji. Dodał, że chce zaprezentować ministrowi Relidze program restrukturyzacji szpitala i plany, związane z przeniesieniem centrum klinicznego do nowych budynków. Wczoraj Zbigniew Religa deklarował pomoc, ale pod warunkiem, że dyrektor przedstawi plan uniemożliwiający dalsze zadłużanie się. Minister zdrowia nie wyobraża sobie jednak, by szpital przestał przyjmować chorych.

"Bez względu na kłopoty finansowe onkologia dziecięca, hematologia musi funkcjonować" - powiedział minister zdrowia.

Aby znaleźć miliony na leczenie pacjentów i funkcjonowanie placówki we Wrocławiu minister zdrowia chce przesunąć środki z resortowej puli na inwestycje, a w ostateczności nawet z funduszy przeznaczonych na wysoko specjalistyczne procedury medyczne.

Dziś rano Religa zwołał prawników z ministerstwa, by sprawdzić, czy może wykorzystać te pieniądze.

"Jestem gotów podjąć te trudne decyzje, nawet jeśli one zahaczałaby o manipulację prawną" - przyznał.

"Trzeba się zastanowić, co jest priorytetem. Czy życie ludzkie, czy inwestycje" - tłumaczy minister.

Zbigniew Religa zaznaczył, że szpital musi dostać gotówkę, a nie np. poręczenie kredytu. Placówka potrzebuje bowiem pieniędzy natychmiast, m.in. na leki. Dodajmy, że pieniądze z resortu pomogą na funkcjonowanie szpitala przez 2-3 tygodnie.

Zaznaczył, że kluczowe może być spłacenie tylko kilku - domagających się natychmiast pieniędzy - wierzycieli.

Minister podkreślił, że będzie to rozwiązanie doraźne. Otwarta jest sprawa innych szpitali z kłopotami finansowymi. Te, które spełnią odpowiednie kryteria, mogą liczyć na pożyczki, które usankcjonuje przygotowywana ustawa o zmianie pomocy publicznej i restrukturyzacji publicznych zakładów opieki zdrowotnej.

Resort zdrowia chce, by projektem ustawy rząd zajął się najdalej za dwa tygodnie i żeby szybką ścieżką przeprowadzić go przez parlament. Ustawa z jednej strony ma wymusić restrukturyzację szpitali, będących w najgorszej sytuacji finansowej, a z drugiej zagwarantować, że pomoc będzie skuteczna.

W Sejmie jest już projekt ustawy "o świadczeniach finansowanych ze środków publicznych", który może zwiększyć ilość pieniędzy przeznaczanych na służbę zdrowia.

Prorektor Akademii Medycznej we Wrocławiu zaapelował o pomoc dla dwóch należących do niej szpitali. Placówkom, które mają prawie 300 milionów złotych długów, grozi zamknięcie.

Wczoraj komornik zajął pieniądze, przeznaczone dla tych szpitali przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Prorektor Jerzy Rudnicki powiedział, że szpitale potrzebują natychmiastowej pomocy w wysokości 30 milionów złotych.

W najtrudniejszej sytuacji jest klinika onkologii dziecięcej. Profesor Alicja Chybicka zaapelowała do firm - wierzycieli szpitali, aby odstąpiły od swoich roszczeń. Wezwała też mieszkańców Dolnego Śląska, aby wsparli placówki pieniędzmi.

Rodzice dzieci, leczonych w szpitalach, też zaapelowali o pomoc, w tym o wpłacanie pieniędzy na konto fundacji wspierającej szpitale. Chcą także uruchomić numer SMS-owy, z którego dochód byłby przeznaczony dla szpitali.

Wicedyrektor szpitala Bogusław Beck powiedział, że placówka zwróciła się do komornika o uwolnienie zajętych pieniędzy. Jeśli komornik odmówi, to szpital powiadomi prokuraturę, gdyż dojdzie wtedy do zagrożenia zdrowia i życia pacjentów.

Dyrektor Beck podkreślił, że koszty działania szpitala są większe, niż innych placówek, gdyż zajmuje się on najtrudniejszymi przypadkami, a także prowadzi działalność dydaktyczną.

Szpital utrzymuje się z pieniędzy, wynegocjowanych od monopolisty, jakim jest Narodowy Fundusz Zdrowia, i nie może prowadzić działalności komercyjnej. Wszelkie koszta ponosi natomiast na zasadach rynkowych. Dyrektor podkreślił, że nie zostało to uwzględnione w systemie finansowania szpitala.

Beck dodał, że szpital ma zapasy niektórych leków i artykułów medycznych tylko na kilka dni. Placówka zwróciła się więc o pomoc rzeczową do specjalistycznych firm. Pomoc pieniężna zostałaby bowiem zajęta przez komornika.

Pomoc dla szpitali zadeklarował urząd miasta Wrocławia, jednak jego przedstawicielka zastrzegła, że będzie to niewielka kwota.

W szpitalu leczonych jest prawie 2000 dzieci. Swoją pomoc zadeklarowała już Otylia Jędzrzejczak oraz Andrzej Lepper. Przeciwnym projektom resortu zdrowia jest ministerstwo finansów z Zytą Gilowską na czele - podał TVN 24.
Źródło: :arrow: onet.pl

Aśka - 2007-02-03, 11:27

Demagogia nie zbawi szpitali
03-02-2007
PAP

Jeden ze związków zawodowych złożył w piątek doniesienie do prokuratury, że komornik, zajmując pieniądze wrocławskiego szpitala, naraził życie i zdrowie pacjentów. To skrajny, ale nie jedyny przykład demagogicznych sądów i zachowań, jakie wywołała dramatyczna sytuacja zadłużonych placówek służby zdrowia - uważa publicystka "Rzeczpospolitej" Małgorzata Solecka.

Fakty są takie: ani komornicy, ani wierzyciele szpitali, którzy walczą o swoje pieniądze, prawa nie łamią. Przez całe lata natomiast urzędnicy państwowi, samorządowi, część dyrektorów szpitali - działających m.in. pod presją związkowców - lekceważyli problem zadłużania się publicznej służby zdrowia. Działania ratunkowe rozpoczęte w 2005 roku okazały się niewystarczające albo spóźnione - przynajmniej w stosunku do części szpitali.

Zdaniem autorki komentarza w "Rz", to nie przypadek, że dramatyczne chwile przeżywają dwa szpitale we Wrocławiu i jeden w Legnicy. Można się spodziewać, że w najbliższym czasie opinia publiczna dowie się o trudnej sytuacji kolejnych placówek z tego regionu. Przez lata eksperci przypominali, że liczba łóżek szpitalnych była na Dolnym Śląsku dostosowana nie do potrzeb mieszkańców, ale armii Układu Warszawskiego przygotowującej się do ataku na Europę Zachodnią. I politycy, i samorządowcy - właściciele szpitali - zdawali sobie sprawę, że szpitali jest za dużo. Jednak zabrakło odwagi do ich szybkiej likwidacji. Długi narastały lawinowo - i teraz przychodzi płacić za zaniechanie.

Polskie szpitale potrzebują dziś jednego - natychmiastowego przekształcenia w spółki prawa handlowego. Tylko w ten sposób nareszcie będą mogły mieć prawdziwych właścicieli i prawdziwych menedżerów. Nic innego nie rozwiąże ich problemów - uważa Małgorzata Solecka.

Źródło informacji: PAP

:arrow: źródło informacji: Interia.pl

Kalinka - 2007-02-07, 15:18

Rekordowe odszkodowanie za błąd medyczny

Środa, 7 lutego
Wczoraj Sąd Okręgowy w Katowicach zasądził rekordowe odszkodowanie na rzecz dziecka - Piotrusia S., poszkodowanego w wyniku błędu medycznego przez Szpital Kliniczny nr 6 Śląskiej Akademii Medycznej.

Chłopiec dostanie 700 tys. zł zadośćuczynienia, około 130 tys. zł odszkodowania oraz 3280 zł miesięcznej renty.

Jest to sprawa bez precedensu - najwyższe zadośćuczynienie zasądzone dotychczas przez polski sąd w tzw. sprawach medycznych.

W następstwie rażących zaniedbań w organizacji szpitala i niedopełnienia obowiązków przez lekarzy i pielęgniarki, do rdzenia kręgowego operowanego dziecka podano po operacji zamiast znieczulenia kroplówkę - tzw. żywieniową. Spowodowało to trwałe zniszczenie rdzenia, paraliż okolic klatki piersiowej i dolnej połowy ciała.

Dziecko porusza się na wózku i według aktualnej wiedzy medycznej nie ma nadziei na powrót do zdrowia. Postępowanie w pierwszej instancji trwało ponad 3 lata.

- Cieszę się z tego wyroku. Postępowanie było bardzo trudne, ponieważ szpital niemal do końca kwestionował swoją odpowiedzialność. Dopiero na ostatniej rozprawie, tuż przed ogłoszeniem wyroku, przyznał, że ponosi winę za tę tragedię - powiedziała INTERIA.PL tuż po ogłoszeniu wyroku pełnomocnik Piotrusia S. mecenas Jolanta Budzowska.

- Odszkodowania za błędy medyczne powoli rosną. Jest to dobry znak, bo w sytuacji, kiedy dochodzi do błędów medycznych, rekompensata materialna jest jedyną szansą na godne życie poszkodowanych - dodała mec. Budzowska.

:arrow: Źródło: interia.pl

kabatka - 2007-02-19, 10:24

Choroba tylko po polsku
PAP

Od tego roku pacjent podczas wypisu ze szpitala, na karcie informacyjnej z leczenia, np. zamiast łacińskiego skrótu nazwy choroby "CA" przeczyta rozpoznanie w języku polskim: "rak" - zauważa "Gazeta Krakowska".

To nowe zalecenie ministra zdrowia. 21 grudnia 2006 r. wydał on rozporządzenie, które mówi m.in. o obowiązku wpisania rozpoznania choroby na karcie pacjenta, nie po łacinie - jak dotychczas - ale w języku polskim. - Co zrobić w sytuacji, jeśli rodzina wręcz błaga, by nie powiedzieć choremu, że ma raka - mówi gazecie Jarosław Ziemichód, kierownik Centralnej Izby Przyjęć w Szpitalu im. J. Dietla w Krakowie.

Wielu lekarzy uważa ten zapis za kontrowersyjny. - Nie jestem przekonany, czy posiadam prawo do ujawnienia pacjentowi całej prawdy o chorobie. Istnieją osoby, które po prostu nie chciałyby wiedzieć wszystkiego, które nie uniosą takiego ciężaru psychicznego. W przypadku poważnych schorzeń musimy być szczególnie ostrożni. Zgodnie z kodeksem etyki zawodowej posiadamy prawo, by w pewnych sytuacjach nie udzielać pełnej informacji o chorobie - twierdzi Jerzy Freydiger, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Krakowie.

Prezes wskazuje na kolejny aspekt tej sprawy. - Rozpoznanie napisane po łacinie jest rozumiane w placówkach medycznych na całym świecie, a nasi pacjenci coraz częściej korzystają z pomocy lekarskiej za granicą. Nie można lekceważyć tego elementu. Poza tym łacińska jednostka chorobowa często jest trudna do przetłumaczenia po polsku - mówi.

Krzysztof Bederski, dyrektor ds. lecznictwa w Szpitalu im. Jana Pawła II ucina dyskusję. - Pacjent ma obowiązek wiedzieć, na co jest chory - powiada. Szpital Powiatowy w Zakopanem już od kilku lat zastąpił łacinę językiem polskim. - Zdarzają się sytuacje, że chętnie napisałbym rozpoznanie po łacinie, ale wiem, że mam obowiązek poinformowania pacjenta i jego rodziny o chorobie - mówi "Gazecie Krakowskiej" Sylweriusz Kosiński, dyrektor lecznicy.

Zdania pacjentów są również podzielone. - Może w poważnych chorobach wielu z nas nie chce znać prawdy, ale w pozostałych przypadkach pełna wiedza o schorzeniu jest niezwykle istotna - mówi Zofia Widerska z Krakowa. Warto wspomnieć, że w większości krajów Unii Europejskiej karta informacyjna pacjenta wypełniana jest w języku ojczystym - odnotowuje gazeta.

:arrow: źródełko

Aśka - 2007-02-21, 09:21

Wiecie, co ja bym nie chciała wiedzieć "najgorszego". Mój tata w ubiegłym roku trafił do szpitala - miał problemy z oddychaniem. Jedno prześwietlenie i leczenie, drugie....itd. Przepustka do domu, i znowu na oddział. I wiecie co wezwał pan doktor moją mamę do gabinetu i pyta się: wie pani, co mężowi dolega? A mama na to, że tak, ma wodę w płucach, raz odciągali i teraz podobno znowu "nabrała". Lekarz mówi: no niestety to rak, szalejący nowotwór. Mama wręcz błagała lekarza, aby nie mówił, aż nie będzie wszystkich 100% wyników badań.
I wiecie co, po kilku tygodniach, lekarz wzywa mamę i mówi: no, mąż miał dużo szczęścia - okazało się, że to jedynie woda w opłucnej. Po analizie jej, nie stwierdzono komórek nowotworowych. A mój tata, gdyby wtedy usłyszał taką diagnozę - to by go to zabiło, nie miał by siły walczyć z chorobą. Lekarze są nieraz też omylni. :-(
Ale do tej pory zastanawiam się na jakiej podstawie tak mógł powiedzieć bez cienia nadziei, a wynik okazał się całkiem inny, to jest najsmutniejsze.... :cry:

kabatka - 2007-02-21, 09:28

Jasne, jeśli nie ma jeszcze wszystkich wyników, to bardzo ostrożnie z informacjami.
Ale jeśli wiadomo na pewno, że to ta choroba, to mimo tego że oczywiście zdarzają się cuda - ja akurat jestem zdania, że pacjent powinien wiedzieć.
Jeśli to śmiertelna choroba, chory może chcieć się pożegnać, coś załatwić... Poza tym wciąż się słyszy, że takie rzeczy i tak sie wyczuwa, więc po co nawzajem sie oszukiwać. Nie wiem :nzastanawianie: może łatwo mi mówić, bo nie chorował nikt śmiertelnie z moich bliskich dorosłych.

Aśka - 2007-02-21, 09:34

Może i tak Monia. Są i ludzie, którzy może po takiej diagnozie mobilizują się i zapierają w walce. Ale masz rację - takie rzeczy się czuje. Mój tata też pewnie to czuł, tylko on znowu nie chciał mamy i nas wszystkich "dołować". Ja nie potrafiłam przesiedzieć w jego obecności aby nie wyjść i nie wyć na korytarzu. Jestem słaba psychicznie w takich sytuacjach.
karolina1 - 2007-02-21, 12:40

Kiedy mojego męża tata trafił do szpitala,lekarz wezłam męża na rozmowe powiedział nam że tata ma raka złośliwego i że przeżuty są juz prawie wszędzie i nic się nie da zrobić.Cały dzięn mysleliśmy jak to przekazać tacie ja cały dzień beczałam tak się bałam o męża jak sobie poradzi z przekazaniem takiej wiadomości własnemu ojcu, i jak tata poradzi sobie z taką diagnozą.Okazało się że mąż nic nie musiał mówić,a tata wiedział więcej niż on,to on go wyprzedził i to on go pocieszał że ma się nie martwić jakoś to będzie,to jest nie samowite on dokońca życia cały czas myslał tylko żeby nie martwić nas bliskich nie myślał o sobie potrafił jeszcze nas pocieszać.Był bardzo dobrym człowiekiem,bardzo nam go brakuje.
Ewelina - 2007-02-22, 11:19

Mojej przyjacółki brat jest diagnozowany od 3 lat. W tym czasie odwiedził większosć specjalistycznych szpitali na śląsku, za kazdym razem diagnoza była inna. Już 3 razy zdiagnozowali mu rózne odmiany raka, był chory na neuroboleriozę miał toksyczne zapalenie stawów, zapalenie mózgu :shock: i wiele innych dolegliwości. Lekarze pewni swoich diagnoz przekazywali informację tylko rodzinie, za każdym razem dawali kilka miesięcy życia. On doskonale wiedział, że coś z nim nie tak ale nigdy do końca nie był pewien na co choruje. Po dwóch latach stracił pracę, starał sie o rentę i wszystko było by Ok gdyby nie ostatnia diagnoza " JEST ZDROWY" . I to spowodowało że 30 - letni facet nie ma pracy, nie ma szans na normalne życie, dalej choruje i dalej nie wie na co choruje.


To dowodzi, że nawet wykonanie wszytskich potrzebnych badań nie daje 100% pewności choroby. Zawsze te same badania nalezy wykonywać min 2 razy u róznych lekarzy. Tylko niestety w Polsce to niemożliwe :-(

Aśka - 2007-02-22, 14:33

:wow: niesamowite :nie:
kabatka - 2007-04-13, 12:11

Rodzice zapłacą za pobyt przy dziecku
źródło: Dziennik

Warszawskie szpitale przy ul. Działdowskiej, Litewskiej i Niekłańskiej zapowiadają, że rodzice, którzy czuwają w tych lecznicach przy chorym dziecku będą musieli za to zapłacić około 10 zł za dobę - czytamy w "Dzienniku". Opłaty miałyby być wprowadzone już od początku maja.

Dorosły opiekun przebywa przy dziecku przez cały okres hospitalizacji. W tym czasie praktycznie mieszka w szpitalu. W lecznicy dba o swoja higienę osobista, pierze odzież, ładuje telefon komórkowy, czasami podłącza laptopa. - Pobyt rodziców dzieci nas kosztuje. Wydajemy przecież dodatkowe pieniądze na wodę, prąd, środki czystości - mówi Jolanta Strzelecka, zastępca dyrektora w szpitalu przy Niekłańskiej. Płacimy za każdego pacjenta podwójnie, a NFZ nie zawraca nam pieniędzy za koszty pobytu rodziców - dodaje.

Dla tych lecznic to poważny problem, bo i tak są zadłużone. Wszystko wskazuje na to, że nowy system ruszy już z początkiem maja. Za każdą dobę pobytu w szpitalu razem z dzieckiem, jego opiekun będzie musiał zapłacić ok. 10 zł - pisze "Dziennik".

:arrow: źródełko

________________________

Wiecie co, rozumiem, trudną sytuację szpitali, służby zdrowia, nawet rozumiem, że chcą pobierać te opłaty, tylko jak podchodzimy do wszystkiego wolnorynkowo, to ja płacąc, wymagam.
A zatem wymagam:
- możliwości rozłożenia łóżka, choćby polowego, kiedy opiekuję się moim dzieckiem w szpitalu. Podczas naszego pobytu w szpitalu było tak, że mamy koczowały na jakiś karimatach, niemal pod łóżeczkami własnych dzieci, wykończone z niewyspania tak, że czasami dziecko płakało, a one nawet się nie budziły, bo były tak zmęczone. Ja w zasadzie byłam w komfortowej sytuacji, bo miał mnie kto zmienić, mogłam się w domu wykąpać, przebrać, mogłam złapać inne powietrze niż szpitalne - co jest strasznie ważne;
- możliwości wzięcia prysznica, cywilizowanego umycia zębów, siebie - widziałam przypadki, kiedy matki trafiały na Działdowską po porodzie, do domu ileś tam kilometrów, więc nie mogły jeździć się tam umyć, a w szpitalu nie ma pryszniców specjalnie dla rodziców. Pielęgniarki przymykały oko i pozwalały się kąpać w łazience dla dzieci na piętrze, ale jak już chcą brać opłaty, to nie przystosują warunki tak, żeby każdy wiedział, za co płaci;

To chyba dwa główne argumenty - być może na Działdowskiej zmieniły się teraz warunki socjalne, bo miał tam być w listopadzie remont, więc może już nieaktualne jest to, o czym piszę. Oby!

mija - 2007-04-13, 12:16

Właśnie tak, Moni.
Dobrze, że to już za mną ten pobyt w szpitalu bo za te 58 dni nieźle by mnie skasowali.
Ale w CZD umyć się nie dawali w łazienkach. Pozostawała malutka umywalka w toalecie...

GRADKA12 - 2007-04-13, 23:03

To straszne co piszecie :cry:
Ja z Michasiem 3 razy leżałam w ICZMP na kardiologii i tam nie było żadnego problemu. w pięciu izolatkach są łazienki. Jeśli pozostaje się z dzieckiem na sali wieloosobowej (2-3 dzieci) to też nie ma problemu z łóżkiem czy prysznicem. Za izolatki trzeba zapłacić. Natomiast za łóżko przy dziecku na tych większych salach, jeśli ktoś nie ma pieniędzy to pielęgniarka oddziałowa zwalnia z opłaty.

gosia73 - 2007-04-14, 10:13

Powiem tak - 3 raz byliśmy już w łodzi w ICZMP (szpital zalecił nam kontrole w poradniach specjalistycznych - i to im się chwali, bo sami poustawiali terminy). I na temat szpitala nie mogę powiedzieć złego słowa.
Pierwsza - poradnia rehabilitacyjna - pani doktor zachowywała się mniej więcej tak: jestem tu bo muszę. No, ale zgodnie z Leszkiem stwierdziliśmy, że może była zmęczona, bo byliśmy ostatnimi pacjentami tego dnia.
Druga - poradnia okulistyczna - pani doktor (ponieważ Ani łzawią oczka) przepisała antybiotyk i stwierdziła, że za miesiąc kontrola i wtedy ewentualnie zdecydujemy o udrożnieniu kanalików łzowych (ani słowa o masażu oczek)
Trzecia (ta najlepsza) - poradnia patologii noworodka - pani doktor zmierzyła, zważyła, obejrzała Anię ( i to było normalne). W momencie kiedy zaczęłam zadawać pytania, zaczęły się schody. "A bo ja nie wiem, a bo tego nie stosujemy", na moje pytanie o zmianę mleka (powinniśmy już pomału przechodzić z nenatalu na coś innego) wzruszyła tylko ramionami (bo ona nie wie na jakie), na krostki na główce i buzi (małą zesypało nie wiadomo od czago - prawdopodobnie to nie jest nic uczuleniowego, ale na 100% nie wiadomo), stwierdziła, że to ciemieniucha (i to nas po prostu osłabiło). Na następną wizytę prawdopodobnie nie pojedziemy, bo lepszą opiekę mamy w naszej poradni - lekarz stara się jak może, wyszukuje dla nas różne odżywki (w związku z brakiem apetytu i słabą morfologią), przyjeżdża do domu na wizyty bez żadnego ale (zawsze znajdzie czas - nawet jak nie dzieje się nic poważnego). Tak więc widzicie - czasami pod latarnią najciemniej i wcale nie potrzeba daleko szukać. Przed nami jeszcze kilka wizyt w poradniach łódzkich - poczekamy, zobaczymy.

kabatka - 2007-04-14, 10:27

gosia73 napisał/a:
[...]na moje pytanie o zmianę mleka (powinniśmy już pomału przechodzić z nenatalu na coś innego) wzruszyła tylko ramionami (bo ona nie wie na jakie), [...]


Gosiu, jeśli chodzi o mleko zajrzyj :arrow: tutaj>>> - o ile wcześniej już tego nie czytałaś. Może tam znajdziesz odpowiedź...

gosia73 napisał/a:
na krostki na główce i buzi (małą zesypało nie wiadomo od czago - prawdopodobnie to nie jest nic uczuleniowego, ale na 100% nie wiadomo), stwierdziła, że to ciemieniucha (i to nas po prostu osłabiło)


:arrow: Tutaj zaś mamy temat o problemach skórnych, wydaje mi się, że to co ma Ania, nie jest niestety czymś wyjątkowym u naszych maluszków. Co nie znaczy, że nie należy tego próbować łagodzić :spoko:

A wracając już do tematu - chyba każdy z nas na początku musi przejść drogę, aby samemu wypracować sobie swoje ścieżki, znaleźć lekarzy, którzy nam odpowiadają. Jeden lubi bowiem, jak lekarz tłumaczy wszystko dokładnie, drugi woli niekoniecznie o wszystkim wiedzieć :-)

kabatka - 2007-04-17, 14:22

I jeszcze szerzej o opłatach szpitalnych.

Rodzice będą płacić za pobyt w szpitalach
Agnieszka Pochrzęst
źródło: GazetaWyborcza.pl

Szpitale przy ul. Litewskiej, Działdowskiej oraz Niekłańskiej od maja chcą wprowadzić opłaty dla rodziców za pobyt przy dziecku. Za dobę rodzic musiałby zapłacić 10 zł. Rodzice płacą już także w szpitalu w Dziekanowie Leśnym oraz przy ul. Kopernika. Tam jednak w cenie mają łóżko.

Od maja trzy kolejne szpitale dziecięce chcą wprowadzić opłaty za pobyt rodzica przy chorym dziecku. Rodzic ma płacić 10 zł za dobę, jeżeli chce nocować w lecznicy, i 5 zł, gdy przebywa tam tylko w dzień. Pani Justyna sceptycznie podchodzi do opłat. - Mogłabym zapłacić, gdybym wiedziała, że dzięki temu będę miała zagwarantowane łóżko i łazienkę - mówi Starzyńska. - Ale skoro nadal mam dalej męczyć się i spać na plastikowym krześle, to za co mam płacić?

Dyrekcje szpitali, które chcą wprowadzić opłaty, podkreślają, że pobyt rodziców na oddziale to koszty, za które nie płaci Narodowy Fundusz Zdrowia. - Mamy 300 łóżek, a większość rodziców chce zostać ze swoimi chorymi dziećmi - podkreśla dr Jolanta Strzelecka, z-ca dyr. ds. lecznictwa szpitala przy ul. Niekłańskiej. - W tym czasie ładują komórki, korzystają z toalety, myją się i wyrzucają śmieci. W skali szpitala są to duże dodatkowe koszty, dlatego chcemy wprowadzić opłaty.

Małgorzata Kalińska, dyrektor szpitala przy ul. Litewskiej i Działdowskiej, mówi, że w szpitalu przy Litewskiej codziennie razem z dziećmi przebywa ok. 200 rodziców. Podkreśla, że mali pacjenci średnio tydzień spędzają w szpitalu i w tym czasie lecznica ponosi koszty związane z pobytem rodziców. Dodaje także, że za pieniądze z opłat chcą kupić koce dla rodziców i kolejne fotele, które stałyby przy łóżkach. W grudniu szpital kupił 80 takich foteli. - Musimy zrobić z tym porządek także ze względów sanitarno-epidemiologicznych - mówi Kalińska. - Teraz rodzice koczują przy dzieciach, na czym popadnie, jedni śpią na fotelach ogrodowych, inni przynoszą materace lub karimaty. Nie wiadomo, skąd są te sprzęty, a to jest szpital.

Skasują za łóżko i materac


Pieniądze od rodziców już od 5 lat pobiera Instytut Matki i Dziecka. Ceny są zróżnicowane w zależności od długości pobytu i oddziału. Matka karmiąca, która chce być ze swoim dzieckiem w klinice pediatrii, za cały pobyt płaci 50 zł. Inni rodzice za każdy nocleg płacą 20 zł. W cenie jest materac do spania oraz pościel. Do dyspozycji jest także mikrofalówka, czajnik i lodówka. Średnio miesięcznie nocuje ok. 20 rodziców.

Taniej jest w klinice neurologii. Tu doba kosztuje 10 zł, jeśli dziecko przybywa na sali ogólnej. Gdy trafi do izolatki, rodzic już płaci 20 zł. - W przypadku ciężkiej sytuacji materialnej rodziny dziecka przebywającego w szpitalu lub bardzo długiego pobytu dziecka w szpitalu ze względu na jego stan zdrowia rodzice mogą ubiegać się o zwolnienie z tych opłat - podkreśla Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu.

W lecznicy przy Kopernika rodzic płaci 20 zł za osobne łóżko i pościel. Prawie tyle samo kosztuje łóżko i pościel w jednoosobowej sali w szpitalu w Dziekanowie Leśnym. Niecałe 15 zł kosztuje miejsce w sali wieloosobowej. Miesięcznie z tego tytułu do kasy szpitala rodzice wpłacają ponad 20 tys. zł.

Centrum nie chce pieniędzy, bo rodzice to pomoc

Opłat od rodziców nie zamierza pobierać Centrum Zdrowia Dziecka. Wprowadza za to udogodnienia. - Mamy szafki dla rodziców i osobne prysznice - mówi Ewelina Nazarko-Ludwiczak, rzecznik Centrum. - Gdy remontujemy kolejne kliniki, staramy się wygospodarować miejsce na pokój socjalny dla rodziców, gdyż wiemy, że oni chcą być ze swoimi dziećmi. To także dla nas duża pomoc, bo opiekują się chorymi.

Jerzy Serafin, rzecznik Mazowieckiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia, twierdzi, że opłaty pobierane od rodziców to sprawa organizacyjna szpitala, na którą Fundusz nie ma wpływu. - Nikt nie zabrania pobierać takich opłat. Jeżeli pobyt rodzica jest wskazany z powodów medycznych, wtedy za niego płacimy - mówi Serafin. - To są jednak sporadyczne przypadki, np.: gdy hospitalizowany noworodek musi być karmiony piersią.

:arrow: źródełko

__________________

Mija, zobacz, co tu piszą, że CZD żadnych pieniędzy nie bierze, że mają osobne prysznice dla rodziców :-?

mija - 2007-04-17, 14:28

Na kardiochirurgii nie mają. Nawet byłam raz świadkiem jak mama skorzystała z toalety przy sali i ją pielegniarka bardzo skrzyczała.
Przy każdej sali jest łazienka z prysznicen lecz dla rodzica zaamknięta . Że niby dla małych pacjentów ale wtedy były same noworodki....one nie korzystają z sedesu...
Rodzice mieli wstep do WC przy pokoju ordynatora z umywalką.
To było daleko. Zawsze się bałam iść tam , że Bianka się obudzi jak mnie nie będzie.

Alicja - 2007-04-17, 15:44

Gdzieś czytałam,że pobieranie opłat od Rodzica za pobyt z dzieckiem w szpitalu jest bezprawne.
Tylko gdzie.. :roll:

kabatka - 2007-05-28, 10:55

Daj komuś nowe życie
Interia.pl

Włóżcie do swoich portfeli deklarację, że zgadzacie się oddać po śmierci swe narządy do transplantacji - apeluje do Polaków "Rzeczpospolita". Gazeta chce w ten sposób ratować polską transplantologię.

Pod deklaracją o treści: "Moją wolą jest, by w wypadku mojej śmierci moje tkanki i narządy zostały przekazane do transplantacji, ratując życie innym; informuję, że o swojej decyzji powiadomiłem/am rodzinę i najbliższych, którzy w krytycznej sytuacji powinni moją wolę uszanować", podpisali się znani politycy, sportowcy, ludzie kultury, dziennikarze. Za ważną i potrzebną uznał akcję premier Jarosław Kaczyński.

Dziennik pisze o przedłużającym się kryzysie w transplantologii. Może dojść do tego, że w tym roku lekarze wykonają ok. 600 przeszczepów mniej niż w ubiegłych latach. Zgody na pobranie narządów odmawiają bowiem rodziny zmarłych. Jeszcze w styczniu transplantolodzy przeszczepili 102 organy od osób zmarłych. W kwietniu już tylko 45.

Akcja "Rzeczpospolitej" i Stowarzyszenia Pacjentów "Życie po przeszczepie" ma pomóc w odwróceniu tej fatalnej w skutkach tendencji.

:arrow: źródełko

iza200 - 2007-05-29, 08:21

Byliśmy wczoraj na kontroli i dr zadecydowała,że mamy sie zgłosic w środe do szpitala a w piatek filip bedzie miał robioną endoskopie- (czego ja nie usłyszałam). Na moje delikatne sugerowanie co zaleca dr Ganowicz, dr ze sz-na nic nie odpowiedziała. Jak mi powiedziała, ze mamy sie zgłosic w srode to mnie zamurowało i nawet sie nie zapytałam po co- taka jestem mądra. Wieczorem mój mąz zadzwonił do pani dr spytac sie po co idziemy do tego szpitala, tym bardziej ,że zapamietałam ,ze zabieg bedzie w znieczuleniu ogólnym i to mnie troche przeraziło. Dodam ,że zanim mąż zaczal rozmowe to chyba z 5 razy ja przepraszał ,ze dzwoni i zawraca głowe.
Pani dr powiedziała,ze to jest jej prywatny czas, a żona w szpitalu mogła sie zapytac o co chodzi.

Joanna - 2007-05-29, 22:03

oj ta służba zdrowia, my doczekałyśmy się nareszcie komisji, nie wspomne że lekarz i pani psycholog przyszli 40 min. po czasie co było wiadome dla współpracowników jeno ludzi zapomnieli powiadomić, no ale co tam, po wizycie u pani psycholog kolej na lekarza, wchodzimy a on sie mnie pyta czy mała już stoi sama :shock: mówie, że jeszcze się nie przewraca a co tu o staniu, że dzieci z zD są wiotkie i później robia wiele rzezczy, "eeeee co Pani to chyba jest czym innym spowodowane, bo z tego co on wie to przy zD nie ma zbyt często problemów neurologicznych :shock: a rehabilitacja po co przecież będzie chodzić..." oj chyba mogłabym coś niecoś tego pana poduczyc w zawodzie, ręce opadają, aż boje się co my dostaniemy napisane w tym orzeczeniu
Kalinka - 2007-05-29, 22:09

:lol: :lol:
Dobre, to tzreba do żartów wkleić.

Ale nic sie nie matrw, jak ja byłam z dzieciakiem na komisji to mi lekarz orzecznik powiedział, że orzeczenie na dwa lata bo później to będzie można wszyskie leki odstawić i będzie dobrze :] (dzieciak po przeszczepie więc nie wiem wątroba mu odrośnie czy co :shock: )

mija - 2007-05-29, 23:04

Cholera mnie bierze na takie gadki i diagnozy.
I jeszcze cholera strajkują bo im mało kasy.
Dać im kasę ale na doszkolenie się w medycynie i dodatkowo
w obyciu aby szacunek działał w obie strony , w stronę czasu i stanu pacjenta też !

gosia73 - 2007-05-30, 10:48

Joasiu, nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. My też jesteśmy po komisji, ale u nas to był pełen profesjonalizm. Żadnych dziwnych komentarzy, żadnych bezsensownych tekstów. Po prostu miła, bardzo sympatyczna rozmowa. I orzeczenie też ma to, co powinno mieć.
iza200 - 2007-05-30, 11:03

wlasnie wrócililiśmy do domu , mieli nas dzis przyjąć Filip mial miec badania w piatek ze wzg na wymioty i zaparcia, Strajk anestezjologów... :-( :-(
gosia73 - 2007-05-30, 11:48

Iza :cry:
Aśka - 2007-05-30, 11:51

:nie: brak słów...
Joanna - 2007-05-30, 17:24

oj w tym kraju to trzeba mieć końskie zdrowie aby się leczyć... :evil:
Aśka - 2007-06-08, 13:22

Kosztowne leczenie wybrańców narodu
PAP, PU 2007-06-08
"Super Nowości": Kiepskie żywienie, często łóżko w korytarzu, długie oczekiwanie na specjalistyczne badania - to rzeczywistość wielu polskich szpitali. Zwykły schorowany człowiek nie może liczyć na luksusy. Co innego ludzie władzy: posłowie, senatorowie czy ministrowie.

Z budżetowych pieniędzy na utrzymanie w szpitalu przeciętnego obywatela wydaje się 3,20 złotych dziennie. Na posła... 900 złotych. To prawie 300 razy więcej!

- To skandal! Czy posłowie są innymi ludźmi jak my? Dlaczego z naszych podatków mamy płacić za luksusowe warunki leczenia garstki wybrańców? - pyta 20-letni Paweł Wilkos, od kilku dni leżący z uszkodzonym kręgosłupem na oddziale ortopedycznym jednego z rzeszowskich szpitali. Młody mężczyzna przebywa w kilkuosobowej sali. Bez żadnych luksusów. Tymczasem do dyspozycji posłów są jednoosobowe saloniki z łazienką i telewizorem, nie wspominając o skaczącym na każde zawołanie "wybrańca narodu" personelem oraz najbardziej skomplikowanymi badaniami i zabiegami na żądanie.

- Przecież to nieetyczne. Jak można tak wykorzystywać swoją funkcję? Niechby dali chociaż po sto złotych z tych dziewięciuset na innych pacjentów, to może warunki pobytu w szpitalach byłyby znacznie lepsze - irytuje się Marzena Fleszar, koleżanka Pawła Wilkosa, odwiedzająca chorego kolegę w szpitalu.

Szokującego wyliczenia kosztów utrzymania w szpitalu przeciętnego Kowalskiego i ViP-ów dokonali ostatnio żądający podwyżek płac lekarze z warszawskiego szpitala przy ul. Banacha. Opierali się na danych z budżetu państwa, Narodowego Funduszu Zdrowia i danych uzyskanych w Kancelarii Sejmu. Chcieli w ten sposób pokazać dysproporcje między warunkami leczenia zwykłego śmiertelnika a ludzi z politycznych elit.

- Te szacunki, dotyczące kosztów utrzymania zwykłych pacjentów i parlamentarzystów, są niestety wiarygodne. Parlament dopłaca klinice rządowej za leczenie ViP-ów - przyznaje Wojciech Pawłowski, wieloletni dyrektor szpitala powiatowego w Przeworsku, w poprzedniej kadencji senator i wiceprzewodniczący senackiej komisji zdrowia. Jego zdaniem, tak duże dysproporcje w traktowaniu zwykłych pacjentów i wysokich urzędników są wysoce nieetyczne.

- Uważam, że w pewnym stopniu z tego bierze się właśnie niezrozumienie przez rządzących problemów służby zdrowia. Z ekskluzywnego saloniku w rządowej klinice inaczej patrzy się na takie bolączki niż z łóżka na szpitalnym korytarzu - dodaje Wojciech Pawłowski.

:arrow: źródło informacji

agamama123 - 2007-06-15, 15:46
Temat postu: Problem ze Służba Zdrowia....:(
Ugryzłam dzis ze złości słuchawke telefonu.....
Po kilku miesiacach oczekiwania dostalismy dzis konkretny termin drenażu - 24 sierpień. Wg pierwotnych planów miał byc to czerwiec. Ale nie to jest najgorsze - 15 sierpnia Kacper ma rezonans magnetyczny głowy...W ciągu 9 dni ma miec 2! narkozy!!!! Od prawie roku lekarze zastanawiaja sie czy uspienie go do jakiegokolwiek zabiegu to dobre rozwiazanie a teraz wyznaczają takie durne terminy!!!!!! Szlag mnie trafił!
No i niestety - jedynym rozwiązaniem jest zrobienie rezonansu prywatnie w jaknajszybsym terminie....A wiadomo jakie to koszty:(((((((( jestem wsciekła i jest mi xle:( Przytulcie:((((

groszek - 2007-06-15, 15:56

Agamama!-Ściskam Cię mocno! U nas z tą służbą zdrowia to najlepiej mają ci, którzy nie korzystają z jej usług...Ale nas to niestety nie dotyczy.
kabatka - 2007-06-15, 15:59

cholera :evil:

No rzeczywiście jakaś bzdura z takim wyznaczeniem terminu :-( Aga, a sprawdzili oni dobrze ten 15 sierpnia? Może potem Ci powiedzą, że jednak pomyłka, bo to przecież święto, dzień wolny od pracy :-?

Przytulam :npocieszenie:

dorotka8s - 2007-06-15, 16:02

Ja też się wściekam :-x . Ania jest po operacji i nie dostaje eutyroxu, trzeba zrobić badania i ustalić dawkę. Wypadałoby zrobić to jak najszybciej. Gdy zadzwoniłam do pani endokrynolog, powiedziała, że w przyszłym tygodniu ma komplet pacjentów i nas nie przyjmie, trzeba zapisać się w kolejce - w tej chwili zapisują na październik. Jeżeli mi to nie odpowiada mogę przyjść do prywatnej przychodni. Ale mnie to wkurza, dlaczego mam płacić (wyjdzie ok. 200 zł) za coś za co już zapłaciłam, przecież płacimy składki na ubezpieczenie zdrowotne.
bety - 2007-06-15, 17:53

Ja dziewczyny też zaciskam zęby i niestety w większości przypadków płacę. W Słupsku to naprawdę trudno o dobrych specjalistów na książeczkę. Już nie mówiąc o kolejkach. W szpitalu kazli po wyjściu zrobić echo serca, a termin jak zadzwoniłam w na początku lutego, to miałam dopiero w czerwcu. Ja dopiero teraz wiem co to znaczy ta nasza służba zdrowia i jak absurdalnie funkcjonuje. Mojej kuzynki córka ostatnio miała zapalenie ucha. Płakała niesamowicie, wysoka gorączka, a powiedzieli, że termin wolny mają na za 2 tygodnie!!! Nie stać jej na wizytę prywatną. Ale trzeba niestety było wysupłać pieniądze.
Joanna - 2007-06-15, 21:45

w wiekszości przypadków wizyta u specjalisty wiaże się z koszmarnymi kolejkami, ja też jak muszę szybciej badź zależy mi na czymś to płacę, tak było przy badaniach BERA chciałam aby zrobiono jej w snie fizjologicznym to musiałam udać sie prywatnie (220 zł) na ubezpieczenie robili tylko w narkozie... :-(
monniks - 2007-11-22, 10:59

To ja napisze co mnie doluje.
Moja Weroniczka znow jest w szpitalu. Ma zapalenie pluc.
Doluje mnie moja bezradnosc, nieprzewidywalnosc wypadkow, slabosc mojego dziecka i moja.
Jednego dnia miala katar, drugiego juz zapalenie pluc a teraz lezy w szpitalu z venflonem w glowce, bo nie dali rady wbic gdzie indziej. Teraz jest z nia moj maz, Jak sie dowiedziak, ze jest w szpitalu wsiadl w samolot, prosto z lotniska do szpitala, zeby mnie zmienic i teraz tam siedzi a ja w domu z chorym Piotrusiem i caly czas placze.
Nie mam juz sily.

joa - 2007-11-22, 11:13

Monika-nie wiem, co Ci poradzić...Wiesz, masz cudownego męża. I pamiętaj, że dużo dzieci choruje, również tych "zdrowych"...
LidkaN - 2007-11-22, 11:22

Tak Moniko taki okres, wiele dzieci i dorosłych jest teraz chorych, a męża masz naprawdę super. Zobaczysz wszystko sie ułoży twoja mała w końcu "wyrośnie" z tych chorób :spoko:
Lusi - 2007-11-22, 11:29

Moniko, nie tak dawno przeszliśmy przez szpital, którego najprawdopodobniej mogliśmy uniknąć... Ale nie ma co się zastanawiać co by było gdyby. Wiem co czujesz. Najgorsza w tym wszystkim jest bezradość i dezorganizacja życia rodzinnego. Dobrze że mąż mógł przyjechać i Cię zmienić. Musisz być silna żeby mieć siłę zajmować się dziećmi. Fakt że najgorsze w tym wszystkim jest kłucie wenflonów. My z mężem chodziliśmy zawsze razem z Marcinkiem, mimo iż pielęgniarki nie za bardzo sobie tego życzyły, ale wiedzieliśmy że Marcinek czuł wtedy naszą bliskość i jak on płakał bo mu wbijali niewiadomo który raz wenflon to ja go głaskałam i on czuł moją obecność. A w główkę najbardziej lubią wbijać, bo tam żyłki najbardziej widać a swoją drogą to strasznie ciężko znaleźć u takiego maluszka żyłkę... Marcin miał pokłute obie nóżki, rączki, główkę... Ale tak jak i Wy byliśmy z nim i się opiekowaliśmy. Spaliśmy na podłodze i nie odstępowaliśmy go na krok.
Ja z moją psychozą szpitalną musiałam się przemóc i byłam tam z moim dzieckiem, robiliśmy inhalacje i wszystko to, żeby ten koszmar się jak najszybciej skończył.
Bądź dobrej myśli. Niech Weronika czuje Waszą obecność a przy okazji nie trzeba pamiętać o starszym dziecku aby ono miało w miarę poczucie normalności przu całym zachwianiu organizacyjnym.
Przesyłam uściski i życzę dużo zdrowia Weroniczce i Piotrusiowi. Będzie dobrze!! Musi :-)

Bataga - 2007-11-22, 19:08

Moniko, zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. :tak: Mówię tak bo my już jesteśmy w domku po pobycie w szpitalu. Niestety patrzenie na cierpienie dziecka i ta bezsilnośc są okropne. Ja tłumaczyłam sobie,że dobrze chociaz że Jula jest taka mała, że nic nie będzie pamiętać z pobytu w szpitalu. Weroniczka na pewno też juz niedługo będzie z wami w domu, a na razie trzymaj się cieplutko. I życze pogody ducha, bo pamiętaj, że malutka to czuje. :-D
sabina - 2007-11-22, 19:23

Ojejku :-( ale u Kuby bylo tak samo,jednego dnia troszke katarek a potem okazalo sie ze zapalenie oskrzeli i juz nagadali mojej siostrze ze za pozno sie zglosila :-? nie wiem kiedy zaczyna sie wczesna reakcja a kiedy przesada...
monniks - 2007-11-22, 19:47

Dzieki Dziewczyny.
Teraz juz mi lepiej. Kiedy uslyszlam rano od mojego meza, ze mala cala pokluli, zeby zalozyc jej ten wenflon a potem, ze zwymiotowala (u niej to niespotykane, Weroniczka nawet nie ulewa po jedzeniu) to sie zalamalam. Moj ukochany maz oczywiscie nie pozwolil mi dzisiaj na przejecie dyzuru jak uslyszl jak wyje do telefonu, wiec siedzi tam drugi dzien. Zawiozlam mu obiad, zeby go chociaz zobaczyc na chwile. Do Weroniczki nie moglam wejsc, bo bylam z Piotrusiem, ktory jest chory i nie chodzi do przedszklola.
Pojade wiec jutro rano zmienic Nielsa.
Przy okazji kolejny dol. Tym razem dla szpitala. Weronika lezy w tym samym szpitalu, gdzie miala operowane serduszko, w Warszawie na Dzialdowskiej. Na chirurgii (swiezo po remoncie) byly luksusy: lazienka dla rodzicow z prysznicem, lezaki dla rodzicow, swietlica. Na odziale dla maluszkow nie ma nic. Kilka foteli do spania. Udalo nam sie przechwycic jeden dopiero wczoraj. pierwsza nos spedzilam na krzesle z glowa na metalowej ramie lozeczka. Prysznica nie ma (nie mama pojecia co robia rodzice spoza Warszawy, ktorzy nie moga isc do domu wykapac sie), do toalety trzeba zejsc pietro nizej. Dramat.
Na szczescie opieka medyczna i pielegniarska bez zarzutu.
Sabinko, to nie byla przesada. Ona miala katar, nastepnego dnia doszla goraczka, duzo spala, po poludniu zaczela bardzo brzydko kaszlec. Zdjecia rentgenowskie wykazaly zapalenie pluc. Ja tylko tak skrotowo napisalam o tym katarze. podobno wirusowe zapalenie pluc zaczyna (a raczej daje objawy) tak szybko i niespodziewanie dla rodzica.

LidkaN - 2007-11-22, 20:04

Oj biedna Weroniczka życzymy szybkiego powrotu do zdrowia i wytrwałości dla rodziców :*
armadia - 2007-11-22, 20:05

Moniko trzymaj się, jejku musisz byc twarda, całuski i pozdrowienia dla bidulki Weroniczki :*
sabina - 2007-11-22, 21:58

No wiem wiem jak to jest,po historii z Kubusiem Sandra tez zlapala katar,pare razy kaszlnela ale ja bedac sama w strachu pojechalam z nia do lekarza.Okazalo sie ze to tylko katar z suchego powietrza w mieszkaniu.Jedyne co dostala to sol fizjologiczna do noska i zalecenia ruchu na swiezym powietrzu+mokry recznik w sypialni.Dlatego napisalam o panice :oops: -przepraszam jesli zle to odebralas.Nawet tu w Niemczech na oddziale kardiologicznym po cewnikowaniu serca przez pierwsza noc ,,spalam,, na fotelu bo nie bylo miejsca a prysznice byly 2 pietra nizej :-(
mija - 2007-11-22, 22:03

Moniczko, życzę Wam aby Weroniczka szybko wyzdrowiała
i wróciła do Was do domku !!!

monniks - 2007-11-22, 23:28

Sabinko, ja absolutnie nie odebralam zle Twoich slow. Po prostu jak jeszcze raz przeczytalam to co napisalam, zdalam sobie sprawe, ze moze zabrzmialo to zbyt chaotycznie a chodzilo mi tylko o to, ze tak szybko sie to rozwinelo. Ja na poczatku myslalam, ze Weroniczka "zlapala" katar od Piotrusia, nawet do glowy mi nie przyszlo, ze to moze byc zapalenie pluc.
Dziekuje Wam jeszcze raz za slowa otuchy, dam znac jak Weroniczce bedzie juz lepiej. Na razie jest bez zmian ale lekarka prowadzaca powiedziala dzis mezowi, ze przy wirusowym zapaleniu pluc nie ma sie co spodziewac poprawy po dwoch dniach leczenia. Najwazniejsze, ze jej stan sie nie pogarsza.

Megi - 2007-11-22, 23:57

Wracaj do zdrówka Weroniczko, :*
magura - 2007-11-23, 01:47

Ech, Moniko. Jakbym słyszał powtórkę z rozrywki.
Jak już Lusi wcześniej pisała, my też nie tak dawno przeszliśmy przez szpital w warunkach gorzej niż fatalnych. O fotelach nawet nie było co marzyć, że nie wspomnę o klaustrofobicznej sali 9x3m z trzema łóżkami, przewijakiem, umywalką i szafką (to wszystko się tam mieściło!!)
Zresztą przeczytaj jak się to zaczęło :arrow: tutaj i następne.
Bądźcie mocni i trzymajcie się. Przetrzymasz Moniko - masz wspaniałą rodzinę i niesamowitego męża - czyż to nie skarb!?

kabatka - 2007-11-23, 09:27

monniks napisał/a:
[...]
Przy okazji kolejny dol. Tym razem dla szpitala. Weronika lezy w tym samym szpitalu, gdzie miala operowane serduszko, w Warszawie na Dzialdowskiej. Na chirurgii (swiezo po remoncie) byly luksusy: lazienka dla rodzicow z prysznicem, lezaki dla rodzicow, swietlica. Na odziale dla maluszkow nie ma nic. Kilka foteli do spania. Udalo nam sie przechwycic jeden dopiero wczoraj. pierwsza nos spedzilam na krzesle z glowa na metalowej ramie lozeczka. Prysznica nie ma (nie mama pojecia co robia rodzice spoza Warszawy, ktorzy nie moga isc do domu wykapac sie), do toalety trzeba zejsc pietro nizej. Dramat.
Na szczescie opieka medyczna i pielegniarska bez zarzutu.
[...]


Moniko, chyba wiem, o który oddział chodzi - czyżby o oddział E? W 2005 roku była tam ordynatorem dr Hoffman.
My trafiliśmy tam w styczniu, mróz za oknem -27 stopni. Trafiliśmy zdrowi, tylko na diagnostykę refluksa. Położyli nas z trojgiem dzieci z zapaleniem płuc, oskrzeli ;/ (A my przed operacją serca, chuchaliśmy i dmuchaliśmy, aby nic nie złapać_ To był pierwszy dół. Po dobie na krzesełku w tym pokoju, po rozmowie z ordynator - przeniesiona nas do sali dwójki, z tym że w niej z kolei szwankowało ogrzewanie, a na oknie był szron... Drugi dół :nie: Trzeci był taki, że przy przewijaniu Kuby na przewijaku, kiedy wzięłam go na ręce, spod rozłożonej pieluszki wyszedł sobie karaluch - to był TRZECI MEGADÓŁ. Byliśmy tam trzy dni - a ja na tydzień rozłożyłam się psychicznie po wyjściu z tego oddziału, brrr...
I tak jak Ty co do lekarzy i opieki nie miałam zastrzeżeń - za to do warunków socjalnych, ech ;/

Aśka - 2007-11-23, 11:38

Moniczko, trzymajcie się :npocieszenie:
Zdrówka życzę Weroniczce i Piotrusiowi.
Wiem, co znaczy strach o dziecko przy tych chorobach. Martynka prawie nie chorowała, za to Mikołaj nadrobił to bardzo szybko. Dwa razy na sygnale jechałam z nim do szpitala, raz miał 2,5 i raz 4 miesiące. Zwykły katar a dusił się, nie otwierał buzi, żeby oddychać :nie:
A warunki w szpitalu mieliśmy takie jak wy, tylko my i tych foteli nie mieliśmy ;-) Spałam na podłodze, nikt nie mógł mnie zastąpić, bo karmiłam piersią, nawet nie pił nic innego.

Trzymajcie się, :* dla dzieciaczków. A męża masz wspaniałego, pozdrawiam :papa:

monniks - 2007-11-24, 23:08

I jescze raz dziekuje, jestescie Wspaniali. Dzisiaj moja noc w domu. Weronika ma sie lepiej, nie goraczkuje, dobrze je, malo kaszle, tylko jak to nasze dzieciatka maja, strasznie ma duzo wydzieliny. Na szczescie nie traci humoru, do wszystkich sie smieje i ma gleboko w nosie to zapalenie pluc. Dren z glowy sama sobie wyjela wczoraj w nocy, wiec teraz spi w skarpecie na raczce.
Magura, nasza sala ma 1,5 na moze 3,5. Sa w niej 2 lozeczka, dwie szafki i teraz jeszcze fotel, ze o sprzecie do odsysania nie wspomne. Na szczescie jestesmy sami, bo stanowimy zagrozenie wirusowe i bardzo dobrze.
Kabatko, jestesmy na oddziele D. Tez mamy "przewiewne" okno. Na szzcescie karaluchy jeszcze sie nie pokazaly.
Opowiem wam cos jescze, bo mnie toszalenie intryguje. Wyobrazcie sobie, ze mamy wspolny kaloryfer z salka obok. Jest dziura w scianie specjalnie na to wybita. Fajnie, nie? oczywiscie wszystko slychac co sie tam dzieje przez ta dziure.
Tak w ogole to sa teraz jakies paskudne wirusy zapalenia oskrzeli i pluc i ciagle przywoza nowe maluszki. Jest podobno nawet jeden z podejrzeniem sepsy, wiec mam ochote stamtad wiac jak najszybciej.
A moj maz jest naprawde wspanialy i cudownie sie o tym wciaz przekonywac.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i dziekuje za wsparcie. :prosze:

Aśka - 2007-11-24, 23:52

Cieszę się, że Weronika już dobrzeje :jupi:
Monika, rozbawiłaś mnie tą dziurą w ścianie. I to ma być "nie roznoszenie wirusów" z sali na salę :roll:

Trzymajcie się cieplutko i nie łapcie nic więcej, wracajcie szybko do domku :*

joa - 2007-11-25, 09:28

Matko kochana...(karaluchy, dziura na kaloryfer... :shock: )

Dobrze, że Weronika ma gdzieś to zapalenie płuc. :-D I naprawdę masz wspaniałego męża.
Mój też niczego sobie. Ale właśnie chce wziąć Piotrusia do jakiegoś supermarketu, a ja mu tłumaczę, że lepiej nie, słyszałam nawet ostatnio panią dr, jak mówiła w tv, żeby teraz z małymi dziećmi unikać skupisk ludzi np. w supermarketach, zresztą sama to wiem... Choć Piotruś lubi bardzo takie duże sklepy, kiedyś byliśmy w trochę mniejszym "Plusie", wołał "te, te!", rozglądał się jak szalony, hitem były oczywiście lampy. :-)

kabatka - 2007-11-25, 11:02

monniks napisał/a:
[...]
Kabatko, jestesmy na oddziele D. Tez mamy "przewiewne" okno. Na szzcescie karaluchy jeszcze sie nie pokazaly.
Opowiem wam cos jescze, bo mnie toszalenie intryguje. Wyobrazcie sobie, ze mamy wspolny kaloryfer z salka obok. Jest dziura w scianie specjalnie na to wybita. Fajnie, nie? oczywiscie wszystko slychac co sie tam dzieje przez ta dziure.[...]


Moniko, to ja musiałam coś pomieszać - jestem niemal pewna, że jesteście w tej samej sali, co my leżeliśmy. Ta dziura w ścianie mnie przekonuje ;-) Kiedy udało mi się uśpić Kubulę, zaczynały płakać inne dzieci z sali obok, a u nas wszystko było słychać, no bo przecież dziura na kaloryfer... ;/

monniks - 2007-11-25, 12:26

Tez tak mysle, Moniko. To jest oddzial dla niemowlaczkow, a Twoj Kubus byl wtedy tez malutki. Nasz pokoj to 1b a polaczeni jestesmy z 1a.
Noc byla niestety ciezka. Weronika zwraca wszystko co wypije i rano miala rozwolnienie. Lekarka nie wie czy to cos z zoladkiem czy ta zalegajaca fegma to powoduje. Na szczescie nie ma jeszcze odwodnienia. Bedziemy ja karmic malutkimi porcjami i czesciej. Mam tylko nadzieje, ze to nie zaden wirus. Weronika nigdy nie miala takich sensacji zoladkowych, wiec troche sie martwie. :-(

monniks - 2007-11-26, 17:35

No i mamay rotawirusa. Wczoraj zrobili posiew i wyszlo.
Dzis po badaniu pani doktor powiedziala, ze osluchowo w plucach jest duzo lepiej i moglibysmy isc do domu jutro ale musimy zostac ze wzgledu na rota.
Fajnie, nie?
Nie ma to jak leczyc sie w szpitalu, nie dosc, ze warunki super to zawsze jescze mozna cos dostac gratis.

kabatka - 2007-11-26, 17:56

o qrczę :-(
trzymajcie się Kochani :npocieszenie:

armadia - 2007-11-26, 18:04

z tego co ostatnio słyszę od mam to rotawirus stał się stałym elementem, który jest wpisany w pobyt szpitalny, tak jak założenie karty czy wywiad lekarski, co się dzieje z naszymi szpitalami :-(
Lusi - 2007-11-26, 18:57

Wiecie co, ręce normalnie opadają... Historia identyczna jak u nas. Rotawirus to zmora szpitali. U nas w Gliwicach zamknęli oddział biegunkowy i teraz wszystkie dzieci z takimi dolegliwościami leżą na jednym oddziale z dziećmi chorymi na wszystko inne. To jest obłęd w ciapki. U nas z Marcinka lało się przez równy tydzień i bardzo mu pomógł ORS 200 taki kleik marchwkowy z HIPPa do kupienia w aptekach. Naszemu maluszkowi to bardzo smakowało i był to strzał w dziesiątkę. Aaa i jeszcze jedno, przygotuj się Moniko na to iż jak już wrócicie do domu to będzie czekać na Ciebie w skrzynce list z sanepidu. Ja byłam przerażona, bo nie wiedziałam o co chodzi i myślałam że jakieś badania które Marcin miał robione w szpitalu źle wyszły... w związku z tym zawiadomieniem wieczór i noc miałam z głowy. Armadia świadkiem, co wtedy przeżywałam... Rano zadzwoniliśmy i się okazało że w związku z rotawirusem robią wywiad typu kto się kontaktował z dzieckiem, czy ktoś zachorował w rodzinie i takie inne dane statystyczne.
Ale prawda jest taka że nóż się otwiera w kieszeni jak dziecko przyjeżdża do szpitala z jakąś infekcją a za parę dni łapie szpitalnego mutanta i musi leżeć pod kroplówkami jeszcze tydzień podczas gdy pierwotna dolegliwość już dawno ustąpiła... Moniko trzymajcie się dzielnie i od razu zmieniajcie rzeczy po przyjściu ze szpitala. Koniecznie pierzcie rzeczy małej oddzielnie, tak żeby Piotrusia to świństwo nie dopadło... Powodzenia. Dobrze że już płucka są ok :spoko:

monniks - 2007-11-26, 22:13

Tak robie. Jak tylko wracam do domu, nie pozwalam Piotrusiowi nawet podejsc do siebie, tlumacze, ze mamusia moze miec bakterie ze szpitala, rozbieram sie wkladam wszystko do pralki i biore prysznic. Mam nadzieje, ze nie przywleke tej zarazy do domu.
Lusi, znam ten ORS 200 jeszcze z czasow jak Piotrus byl mniejszy i tez o nim myslalam. Niestety dowiedzialam sie dzisiaj w szpitalu, ze w/g obecnych trendow w medycynie nie podaje sie juz marchwianek i ryzu w biegunkach wirusowych tylko pozostaje sie przy standardowym zywieniu. Na szczescie dostala chociaz gastrolit (a to jak ORS tylko bez marchewki ;-) ). Kroplowki na razie nie ma, bo sama bardzo duzo i chetnie pije i nie ma jeszcze oznak odwodnienia i oby nie miala. A w ogole to na oddziale jest teraz dziecko z gronkowcem. Na prawde mam nadzieje, ze szybko wrocimy do domu.
Lusi, a Wam udalo sie uchronic Pawelka przed rota w czasie jak bywaliscie w szpitalu?

Lusi - 2007-11-27, 04:19

Moniko, mają rację z tym trendem, bo w przypadku biegunek wirusowych nic nie jest w stanie tego zahamować. Rotawirus jest w jelitach tak długo aż się złuszczy nabłonek i zostanie całkowicie wydalony z organizmu. Dziecko w tym czasie musi jednak coś jeść. Marcin jadł kleiki ryżowe i pod koniec tygodnia "bomb wodnych' pił ORS na ustabilizowanie się kupkek.
Niestety mimo naszych usilnych starań Pawełek też przeszedł rotawirusa, na szczęście wersję biegunkową bez wymiotów (tak jak Marcin) i wtedy nasz lekarz powiedział że ma jeść to na co ma ochotę. Nie stosować żadnej diety. I faktycznie miał rację, bo niezależnie od tego co by jadł bądź nie jadł wirus musi zostać wydalony z organizmu. Nie wiemy czy Paweł zaraził się tym od nas (wirusy zaczajone w odzieży, w nas mimo natychmiastowego prania ubrań i prysznica, tak jak u Was) czy może jak pierwszego dnia musiałam go zabrać na chwilę do szpitala i tam go podłapał. Lekarz nasz mówi że na wirusy nie ma rady... i tak niestety chyba jest.
Trzymajcie się dzielnie. Dobrze że Weronika dużo pije i nie jest odwodniona :spoko: Elektolity ma uzupełniane i to jest ważne. Powodzenia. To się kiedyś kończy, choć trudno w to uwierzyć w piątym czy szóstym dniu rotawirusowej biegunki... Będzie dobrze. Pozdrawiam Was :papa:

Aśka - 2007-11-27, 07:59

Trzymajcie się. Wiem, jak trudno nie złapać tego świństwa, bo sama to przeszłam (jak chyba większość rodziców). Kto tylko odwiedził nas w szpitalu - miał i on wirusa ;/
Martynka bardzo ciężko go przechodziła, tylko kroplówki utrzymywały ją przy życiu a mleka nie pozwolili nam dawać (była na butelce). A Miki, tak jak Weroniczka, pojechał z infekcją górnych dróg oddechowych (i w płuckach też coś się nie podobało lekarzom, więc zostaliśmy w szpitalu), po 2 dniach mieliśmy już biegunkę :roll: . I tak 2 razy ;/ No on był na piersi, więc go karmiłam swoim mlekiem.

:* dla Weroniczki, wracaj do zdrówka i do domku :papa:

reni - 2007-11-27, 12:27

:*dla dzielnej Weroniczki od Michasia i od cioci Reni.Jesteśmy z Wami,na pewno wszystko będzie dobrze.
Marta Witecka - 2007-11-27, 14:53

Moniko, ja też mam nadzieję, że już na dniach wrócicie do domu. A swoją drogą rota wirus nie tylko w szpitalach szaleje. :tak:
groszek - 2007-11-27, 16:00

Zdrowiej Weroniko i wracajcie do domu.Maks był w szpitalu na zapalenie pLuc a potem dostał na oddziale rotawirusa
monniks - 2007-11-29, 09:28

Moj maz wlasnie dzwonil ze szpitala, Wracamy dzisiaj do domu!!!
Naprawde jestem szczesliwa. Weroniczka pewnie troche mniej, bo 10 dni temu jak ja tam zawiozlam miala "tylko " zapalenie pluc a teraz jest wymeczona biegunka i cala obsypana czerwona wysypka (reakcja na augmentin). Na szczescie byla dzielna i wypijala takie ilosci gastrolitu (fuj!), ze do konca obeszlo sie bez kroplowki. Nawet pielegniarki byly dla niej pelne podziwu za ten gastrolit.
W niedziele kontrola na oddziale. Pojdziemy chyba w kombinezonach , zeby na tej wizycie nic nowego nie zlapac.

Wronek - 2007-11-29, 09:40

Cieszymy sie bardzo że wracacie do domu :jupi: :jupi: :jupi: Weroniczka była naprawdę bardzo dzielna, duży buziaczeka dla niej :* . Mamy nadzieję że bedzie już wszystko OK,
pozdrawiamy :papa:

Aśka - 2007-11-29, 09:46

:jupi: Ale dobre wieści z samego rana :spoko:
Uciekajcie szybko do domku i nie wracajcie już dłuuuugo do szpitala :-)
:papa:

Lusi - 2007-11-29, 10:11

Ale wspaniała wiadomość :jupi: :jupi: Bardzo się cieszę. Weroniczka była bardzo dzielna i dzielni byli jej rodzice :brawo: Dobrze że dzisiaj już wychodzicie. Fajnie że tak szybciutko poszło :spoko: Hehe pomysł na wizytę w kombinezonach jest :spoko:
aneta - 2007-11-29, 16:35

Super cieszymy się razem z Wami.
Bartek też jak byliśmy w szpitalu dostawał augumentin i skończyło się tym samym co u Was chociaż lekarz na początku próbował mi wmówić że to po jogurcie który zjadł wieczorem,ale w końcu uległ moim podejrzeniom i zmienił na inny antybiotyk

reni - 2007-11-29, 17:24

My też się bardzo cieszymy. :* dla dzielnej Weroniczki.
armadia - 2007-11-30, 12:53

:jupi: :jupi: :jupi: :jupi: No w końcu do domu!!!!!!!!!! strasznie się cieszę!! i omijać szpitale szerokim łukiem :-)
Aga S. - 2007-11-30, 22:26

nie wiem czy piszę to w dobrym wątku ale muszę wam to opisać.
Wczoraj w szpitalu jak czekaliśmy na kolej Kajtusia do zabiegu przyszła pani pielęgniarka, generalnie miła kobieta, zrobić wywiad na temat dziecka. Ręce rozłożyliśmy jak zapytała od kiedy mały ma tego Downa? Mój mąż mało nie padł. O inne rzeczy dotyczące Kajtula też nie umiałą zapytać normalni, bo pytanie proszę coś opowiedzieć o dziecku nie brzmi jasno.
Marcin zapytał ją czy coś ją szczególnie interesuje bo opowiadać o Kajtusiu to my możemy godzinami.
Widać, że ta rozmowa była dla pani pielęgniarki bardzo niezręczna a my no cóż zastanawialiśmy się gdzie jesteśmy, czy to na pewno szpital w nie małym bądź co bądź mieście i to w XXI wieku?

GRADKA12 - 2007-11-30, 22:53

Cytat:
Wczoraj w szpitalu jak czekaliśmy na kolej Kajtusia do zabiegu przyszła pani pielęgniarka, generalnie miła kobieta, zrobić wywiad na temat dziecka. Ręce rozłożyliśmy jak zapytała od kiedy mały ma tego Downa? Mój mąż mało nie padł.

chyba....od.....wczoraj......
:w00t: :nrechot:

Grażyna O. - 2007-11-30, 23:08

:lol:
Aga S. napisał/a:
Ręce rozłożyliśmy jak zapytała od kiedy mały ma tego Downa?


Powiedziałabym, że zaraził się po zjedzeniu banana.

Głupie pytanie głupia odpowiedź.

gosia73 - 2007-12-01, 12:31

Po prostu bez komentarza.
Dagmara - 2007-12-01, 12:41

Naprawdę porażające :czytaj: Widać pani Pielęgniarka nie czytała zbyt dużo, a i na zajęciach spała zapewne :ranting:
Jedyne, co mi się nasuwa jako riposta, to "nabyte wiatropylnie, wirus jakiś czy co"
Jeju, gdzie my żyjemy :placze: rozumiem- zwykły przeciętny, mało zainteresowany światem obywatel, ale służba zdrowia ;/

kinga - 2007-12-01, 13:00

Grażyna odpowiedź z bananem jest rewelacyjna :-)
A co do naszej służby zdrowia to sie nie wypowiadam,dobrze,ze ta pani tylko wypytywała i nie zbliżała sie do Waszego dziecka,bo przy prezentowanym przez siebie poziomie wiedzy mogłaby mu krzywdę zrobić :cry:

kabatka - 2007-12-01, 16:05

:wow:

Aga a co odpowiedzieliście :okular: ?

Ja bym odpowiedziała: od podziału komórki, ciekawe, czy by zadała pytanie pomocnicze :lol:

Aśka - 2007-12-01, 18:29

:lol: dobre są te Wasze proponowane odpowiedzi, nie wiem na którą bym się zdecydowała ;-) Szkoda tylko, że to pytanie było postawione przez pielęgniarkę :roll:
grażyna - 2007-12-01, 19:40

A jakby zaczeła dociekać gdzie był kupiony ten banan ?
Skąd się biorą takie osoby ? Może to jakiś wirus :lol: ? A może ptasia grypa :lol: ?

LidkaN - 2007-12-01, 20:11

Moniko cieszymy się bardzo, razem z Wami :spoko:

Aga :nrechot: :nrechot: :nrechot: mnie zatkało.

Joanna - 2007-12-01, 20:46

a ja myślę że nic bym nie powiedziała ...z wrażenia :shock:
Aga S. - 2007-12-02, 15:09

Mój mąż też zwątpił i odpowiedział, że od zawsze.
monniks - 2007-12-02, 23:12

Kochani, co sie dziwicie pielegniarce. Jak ja urodzilam Weroniczke, tez w XXI wieku w znanym warszawskim szpitalu, przychodzila do nas codziennie pani doktor na obchod. Pewnego ranka zapytala mnie czy ja w pierwszych miesiacach ciazy nie przechodzilam jakiejs grypy albo innej infekcji, bo jej przyjaciolka miala w pierwszym trymestrze ciazy grype i urodzila dziecko z zespolem.
armadia - 2007-12-03, 07:49

ręce opadają... :suchy:
Joanna - 2007-12-03, 21:23

nasz personel szpitalny posiada ogromną wręcz wiedzę ... :-?
asia14 - 2007-12-03, 21:35

Cytat Agi S i moniks są rewelacyjne. Co prawda Julka nie ma zespołu chociaż to też sprawdzano z początku ale tzw. żywot pacjenta rozpoczęła rewelacyjnie:

Jak Julka się urodziła to pani doktor (specjalista neurolog i neonatolog) stwierdziła informując męża i babcię, że nie wiem co państwo chcą to przecież taka szkapinka i niewiadomo czy z TEGO coś będzie, może nie mówić, chodzić, siedzieć itd.
JAK MYŚLICIE - CUDOWNA DIAGNOZA NOWORODKA.

Marta Witecka - 2007-12-03, 23:05

A ja 3 lata temu miałam wykłady z panią genetyk, która uważała, że ludzie z zD przeżywają najwyżej do 30 roku życia. Zaprotestowała dziewczyna, która miała 45-letniego wujka z zD. Była też zdania, że nie mają prawa do życia żadne istoty mające nieprawidłowy kariotyp.
Ona po prostu widziała zD z pozycji szkiełka nakrywkowego i mikroskopu. Nigdy nie miała kontaktu z takimi osobami. I lekarze niestety dość często też mają taką wiedzę. Czyli z książek sprzed 30 lat... :-(

Aga S. - 2007-12-03, 23:13

Przerażające jest to moi kochani, że w szpitalach, żłobkach wydaje nam się, że powinny być ludzie którzy mają jakieś pojęcie co to jest ZD a tu dramat. XXI wiek najczęściej spotykana wada genetyczna a u nas ciemnogród. To my rodzice musimy uświadamiać tych ludzi. Bo często widząc nasze dzieci są zdziwieni, że są takie ładne, że się uśmiechają. Czasami zastanawiam się czego się spodziewali?
monniks - 2007-12-03, 23:48

Niestety tak jest. Ja musialam wielu moim znajomym tlumaczyc co to jest zespol, skad sie bierze, jakie sa mozliwosci tych dzieci itp. Tak jakby wszyscy wiedzieli, ze to istnieje ale tak naprawde nie mieli pojecia na czym polega. Jedna z moich przyjaciolek, dziewczyna nowoczesna, wyksztalcona, przyznala mi sie, ze jak sie dowiedziala o Weroniczce to plakala przez caly dzien, bo wyobrazala sobie, ze moje dziecko bedzie taka roslinka, ktora nie bedzie sie w stanie cieszyc zyciem jak inne dzieci. W szpitalu, przed operacja jedna mama, z naszej sali pytala czy jak zoperuja serce to ten zespol tez sie cofnie. I takich sytuacji zdarzylo mi sie juz wiecej a Weroniczka ma dopiero 6 miesiecy.
Dla mnie to troche dolujace. Moze mnie jest latwo krytykowac bo moja siostra jest pedagogiem specjalnym, pracuje rowniez z dziecmi z zespolem i dzieki niej mialam jakakolwiek wiedze na ten temat.
Oj chyba zboczylam z watku...
Jednak personelu medycznego nic absolutnie nie tlumaczy! [/b]

kabatka - 2008-02-05, 19:24

Marta Witecka napisał/a:
[...]

Może tak być, że audiologia w CZD w pewnym sensie walczy z IFiPS i dlatego podważa ich opinie. To tylko moje domysły.[...]


Marta ja niestety jestem prawie tego pewna. Jest to identyczna sytuacja jak rywalizowanie placówek pod względem diagnostyki serduszkowej: AM i CZD :-(

Grażyna O. - 2009-02-12, 07:25

Fundusz nie chce znieczulać dzieci

Lekarze oburzeni na NFZ

NFZ przestał płacić za znieczulenia dzieci przy badaniach diagnostycznych. Po naszej interwencji Ministerstwo Zdrowia zapewniło, że zmieni zarządzenie, ale lekarze są oburzeni, że w głowach urzędników powstała myśl, by oszczędzać na dzieciach.
Pediatrzy opowiadają nam, dlaczego uśmierzanie bólu u najmłodszych pacjentów jest niezwykle ważne i dlaczego muszą się na nie znaleźć pieniądze.

Tomasz Dangel, anestezjolog dziecięcy:
Czasami cieszę się, że nie pracuję już w szpitalu, tylko w hospicjum, gdzie nikt nie zastanawia się, skąd wziąć pieniądze na znieczulenie dzieci. Dla mnie znieczulenie dziecka przed każdym zabiegiem, który choćby w najmniejszym stopniu może mu sprawić przykrość, ma znaczenie priorytetowe. Nie chodzi nawet o to, że to tak bardzo boli. Dzieci się po prostu straszliwie boją i tego strachu trzeba im oszczędzić. Często więc nie wystarczy znieczulenie miejscowe, zdarza się, że przy samej diagnostyce trzeba wykonać znieczulenie ogólne. W innym przypadku może to wywołać poważną traumę u małych pacjentów.

Nie dalej jak wczoraj trafił do mnie na zabieg stomatologiczny 2,5-letni chłopiec chory na serce, któremu kilka dni temu wyrwano na siłę dwa zęby. Kiedy zobaczył fotel dentystyczny, był przerażony, krzyczał. Ta sytuacja pokazuje, dlaczego znieczulenie jest ważne.

Często stosujemy narkozę także przy pozornie prostych zabiegach, ale bardzo przykrych dla dzieci, jak np. zmiana opatrunku. Nawet kiedy robimy to w domu dziecka. Dzieci chore onkologicznie najczęściej mają stały dostęp do żyły, wystarczy więc bez dodatkowego stresu podać im środek nasenny i potem zająć się zmianą bandaży. Jak wykazały badania jednego z kanadyjskich uczonych, dzieci chore onkologicznie, które są poddawane częstym badaniom, nakłuwaniom, bardziej się boją samej diagnostyki i terapii niż choroby. Traktują to jako torturę. Dlatego tak istotne jest, żeby pamiętać o ich bólu i psychice. Każda rezygnacja ze znieczulenia byłaby niehumanitarna.

Alicja Chybicka, onkolog dziecięcy:
Pamiętam, jak w latach 70. musieliśmy robić punkcje czy pobierać szpik bez znieczulenia. Małe, kilkuletnie dzieci były poddawane bardzo bolesnym zabiegom. Dziecko cierpiało prawdziwe katusze, a nam, personelowi medycznemu, robiło się słabo, że musimy mu to robić. Wiedzieliśmy, że to boli. Dlatego błogosławiłam ten moment, kiedy można było zacząć dawać małym pacjentom znieczulenie.

Teraz każdy taki zabieg, jak pobranie szpiku czy punkcja, jest robiony w znieczuleniu ogólnym. Więc dzieci wchodzą do gabinetu zabiegowego zupełnie spokojnie, bo wiedzą, że nic nie będą czuły. Tylko dzięki temu traktują to jako coś naturalnego. Nie wyobrażam sobie powrotu do czasów króla Ćwieczka, kiedy było coś robione bez znieczulenia. Kiedy mamy pacjenta, któremu musimy zrobić jakiś zabieg i diagnostykę, a nie ma akurat anestezjologa, wolimy poczekać. Pieniądze ani czas się w tym momencie nie liczą. Nie można narażać dzieci na ból.

Andrzej Piotrowski, anestezjolog pediatra:
Dzieci są niesłychanie wrażliwe i nie rozumieją, dlaczego coś je boli. Nie można im tego racjonalnie wytłumaczyć. Dlatego kiedy jest taka potrzeba, znieczulamy je, bez względu na koszty czy przeszkody techniczne. Czasem wręcz narażamy się na pobłażliwe uśmiechy ze strony innych lekarzy, którzy uważają, że przesadzamy.

Robimy to przy scyntygrafii, czyli izotopowym badaniu różnych narządów, zmianie opatrunków u poparzonych dzieci czy też radioterapii. Często jeździmy ze sprzętem po całym mieście, bo w danym miejscu brakuje dziecięcych anestezjologów. Taki szpital na kółkach. Ale wolimy gdzieś dojechać, niż narażać dziecko na zbędne cierpienia. Jeżeli chodzi o ból dziecka, nigdy nie ma przesady.

Źródło :arrow: Dziennik .pl

sylpa - 2009-02-12, 15:55

Usłyszałam tę wiadomość wczoraj w radiu.
Az mi skóra ścierpła :cry: :evil:
Nasz NFZ ma po prostu rewelacyjne pomysły ;/

Aśka - 2009-02-12, 19:47

Brak słów :nie:
Olam - 2009-02-12, 23:08

NFZ :nlanie: ;/
kamilka - 2009-02-13, 21:43

po prostu brak slow :nie: :nie:
romaya - 2010-04-09, 22:15

Kabatka pisała dziś o tym, że warto skarżyć się na służbę zdrowia.

To samo mówiłam dziś koleżance.

Jej tata ma po raz trzeci wznowę raka nerki. Ponieważ leczy się w Warszawie u prof. Szczylika prywatnie, potrzebował nowego wyniku rezonansu. Pojechali do Białegostoku, zapłacili 900 zł (jama brzuszna i głowa), a w opisie czytają "obie nerki prawidłowe". Można by się było cieszyć, gdyby nie fakt, że prawa nerka została usunięta 4 lata temu.

Mama koleżanki zaczęła dyskusję z lekarzem badającym, a on ją jeszcze zrugał tak, że z płaczem wyszła :-x Musieli powtórzyć rezonans, znów prywatnie. Tym razem wyszły 3 guzy w nadnerczu, którego nie ma! I jak tu ufać naszej medycynie :?:

bebe - 2010-04-09, 23:04

Mam pytanie czy ten pan rezonans robił dwa razy w tej samej pracowni? Czy oprócz opisu dostał płytkę? Jestem bardzo poruszona wręcz zdenerwowana.Jeśli możesz dowiedz się prosze.
romaya - 2010-04-09, 23:09

Robił na pewno w dwóch różnych gabinetach, nawet w dwóch różnych miastach (Białystok, Łomża). Też mnie to zatrzęsło. Gdyby koleżanka była tam z tatą, inaczej to by się pewnie skończyło. Namawiam ją na napisanie skargi, żeby odzyskać pieniądze.

Nie wiem, czy mają płytkę - raczej tak, bo to teraz standard. Dowiem się w poniedziałek.

bebe - 2010-04-09, 23:17
Temat postu: Rezonans
To ma być na pw
Margola - 2010-04-10, 07:48

Romaya, koniecznie niech piszą skargę, i to od razu z kopią do NFZ i jakiegoś stowarzyszenia branżowego, za badania nieprywatne wszak NFZ płaci, niech wiedzą, jak się je wykonuje w tym gabinecie. No i kasę powinni łatwiej odzyskać! a jakby jeszcze lokalną prasę w to zaangażować.... to gabinecik partaczy zbankrutuje. Mamie niech powie, że tu juz nawet nie chodzi o tatę i te 900 zł, tylko tam może ktoś trafić z ciężko chorym małym dzieckiem, które się samo nie poskarży, które po badaniu wyjdzie "zdrowe", a potem co? Umrze w męczarniach? A, i niech koleżanka weźmie pisanie tego na siebie, rodzice na pewno są chwilowo w rozsypce emocjonalnej.
Tuśka - 2010-04-10, 08:17
Temat postu: znowu troll?
No właśnie... Moje dziecko jest trwale okaleczone przez pewnego sławnego lekarza. Teraz inny, podobno dobry chce go znowu operować. I co? Czemu mam mu wierzyc że mu pomoże tym razem a nie zrobi mu krzywdy?
A z drugiej strony, może jednak sprawność mu się choć trochę poprawi?
Co robić w takiej sytuacji?
Kogo skarżyć, kogo słuchać?
Skkoro po każdej poprzedniej operacji było tylko gorzej, to czemu po tej trzeciej ma być lepiej?
Tyle wątpliwości, a po każdej takiej historii coraz więcej.
No doła złapałam z samego rana.

Malina87 - 2010-04-10, 08:52

To co opisała romaya to wielka tragedia....czasem mam wrażenie że niektórzy z nich skończyli jakieś studia wieczorowe bez praktyk... :-? Żeby wykrywac narządy których juz nie ma w organiźmie człowieka, toć to zwykłe koniowały... :shock:
Tusiu ja sama nie wiem co bym na twoim miejscu zrobiła, bo jak się czyta takie rzeczy to ręce opadają...I jak tu ufać lekarzom :?:

edyta.editt - 2010-04-10, 08:54

Ojej dziewczyny aż mi gęsia skórka wyszła jak czytam Wasze posty.
Tak jak mówicie-skargę trzeba napisać,no przecież nie może im to ujść na sucho.
romaya masz rację-i jak tu się leczyć i wierzyć lekarzom...ach szkoda słów.
Tuśka jeśli nie podejmiecie decyzji o kolejnej operacji to się nie dowiecie czy mogłoby być lepiej,no ale zważając na Wasze wcześniejsze doświadczenia :nie: sama nie wiem czy bym się zdecydowała :-(

Tuśka - 2010-04-10, 09:08

To nie jest takie proste... Taka operacja to dla ortopedy tylko zoperowanie nogi. On dziecko zaszyje i już. Jego rola na tym się kończy. A dziecko? cierpi i fizycznie , co moze nawet bardziej dotkliwe cierpi takze psychicznie.
Jest unieruchomione na 2 miesiące, potem rehabilitacja, nie może chodzić do szkoły, więc jeżeli akurat o mojego synka chodzi to poprostu cofa się w rozwoju np. społecznym.
I jak sobie pomyślę, że nas to czeka, i że to wszystko miałoby mu nie pomóc, albo pomóc na 3-4 miesiące to mi się łzy do oczu cisną. :cry:
Teraz chodzi kiepsko, ale sobie świetnie radzi, przystosował się do swojego stanu i nic go nie boli.
Więc co robić?

magdalenka - 2010-04-10, 09:35

Tusia, kurcze trudna decyzja, a dają gwarancję że się poprawi? nie umiem doradzić bo sama byłabym w kropce :-(
kabatka - 2010-04-11, 22:12

romaya napisał/a:
Kabatka pisała dziś o tym, że warto skarżyć się na służbę zdrowia.

To samo mówiłam dziś koleżance.

[...]


Uzupełniając jeszcze info - w piątek dostałam jeszcze maila DW od biura rzecznika praw pacjenta. Mail był skierowany do dyrekcji kliniki z prośbą o przesłanie odpowiedzi, jaką przesłano do mnie :okular: Mogę więc polecić następującą drogę pisania skarg ;-) : wysyłamy ją do dyrekcji danej placówki i DW biura rzecznika praw pacjenta. Co ważne: ja załatwiłam wszystko elektronicznie :tak:

Tuśka - 2010-04-12, 15:12

magdalenka napisał/a:
Tusia, kurcze trudna decyzja, a dają gwarancję że się poprawi? nie umiem doradzić bo sama byłabym w kropce :-(

No właśnie żadnej gwarancji, raczej szansa.

Ania-wiosna08 - 2010-05-24, 12:46

Tuśka - może mi napisac o jakim lekarzu wspominałaś? z góry b.dziękuje...
Tuśka - 2010-05-24, 14:34

Ania-wiosna08 napisał/a:
Tuśka - może mi napisac o jakim lekarzu wspominałaś? z góry b.dziękuje...
O nazwisko ci chodzi?
Nazwiska nie podam, nie mogę.

Ania-wiosna08 - 2010-05-24, 15:26

a jakiej specjalności jest lekarz i czy przyjmuje tylko prywatnie w warszawie ? chirurg ortopeda?

jak nie możesz na forum to może na maila?

Tuśka - 2010-05-24, 15:29

Ania, nie rozumiem twoich podchodów. O co ci chodzI? Mam ci polecić dobrego ortopedę, czy złego mam ci polecić, czynie polecić?
Jeżeli masz jakieś pytania odnośnie ortopedy czy opieki lub pomocy ortopedycznej to napisz wprost na pw. Jak będę mogła to odpowiem.

Ania-wiosna08 - 2010-05-24, 15:42

oki - juz Ci odpisuje o co mi chodzi ale na mailu;-)
edyta.editt - 2010-07-14, 09:41

Mam nadzieję,ze mogę tu pisać,bo szukałam odpowiedniego tematu,ale tylko ten znalazłam.

Moja siostra wczoraj była u Pani ginekolog-pierwszy raz u tej Kobity.Poszła na potwierdzenie ciąży(wcześniej była u innej) jak to przy pierwszej ciąży chce się wypytać o wszystko,podczas USG popłakała się na widok bijącego serduszka,a ginka do Niej co Pani beczy.
Cokolwiek Anita się pytała ta ją zbywała.Powiedziała o Amce,ze jest dziecko z zespołem Downa i czy Ona ma robić badania,a ta do Niej:"Można zrobić Amniopunkcję,ale wie pani po co to się robi",Anita na to,że nie,a ona:"żeby takie dzieci się nie rodziły".Dodała jeszcze:"w Poznaniu tego Pani tego nie zrobią,ale we Warszawie to tak".Zaznaczam,ze Anitka nawet nie wspomniała o jakiejkolwiek aborcji,czy tez,że nie chce dziecka.
Została potraktowana jak intruz,a tak się nie robi.
Wcale się nie dziwię,że ludzie nie ufają lekarzom,skoro taki konowałów jest coraz więcej.
Gdybym była tam wczoraj z Nią-to wparowałabym do gabinetu,położyła Amkę na biurku i zapytała-czy usunęłaby Pani to dziecko.
Napiszą skargę,bo tak być nie może.

dagi - 2010-07-14, 09:59

co to za lekarz :-x Dziwczyna chciała się wszystkiego dowiedziec bo to jej pirwsza ciąża a tu dostała taka odpowiedź no normalnie :glupek:
Edytko ucałuj siostre :*

beticz - 2010-07-14, 10:02

o ludzie co za babsztyl, piszcie skargę :evil:
mm - 2010-12-08, 14:21

Polecam w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej dodatek Leczyć po ludzku.
W dzisiejszym wydaniu GW jest artykuł "W pogoni za lekarzem". Zbulwersowały mnie niektóre wypowiedzi lekarzy. Ciekawa jestem co inni rodzice o tym sądzą?

Iga - 2010-12-08, 14:27

Który artykuł mam przeczytać?
mm - 2010-12-08, 14:53

Artykuł " W pogoni za lekarzem" jest akurat w dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej na str 20. W internetowym wydaniu jeszcze go nie ma. Może jutro dorzucą.
Iga - 2010-12-08, 15:14

aaa ha
manda7 - 2010-12-08, 20:11

Przeczytałam i nie wiem co myśleć.Z wypowiedzi rodziców to horror a tak naprawdę lekarze też zbyt miło się nie wypowiadają.Ja to już przewrażliwiona jestem :-) ale powybijałabym czasem niektórych z tych "opowieści"
mm - 2010-12-08, 20:37

Cytat z artykułu,mówią lekarze: " Rodzice dzieci znoszą całe torby rzeczy:laptopy, telewizory, ładowarki etc.To się chyba nazywa w psychologii wicie gniazda. A szpital to nie jest filia domu. Rodzice są niesforni. A ile oni mikrobów przynoszą".
"Kiedyś dzieci leżały same i płakały. Teraz leżą z matkami i też płaczą".
Rodzice mówią :"Pielęgniarki demonstrują złe humory.Kiedyś jedna nakrzyczała na małą Ewę " Co to znaczy że nie dasz mi ręki do zastrzyku? Nie mam czasu się tu z tobą bawić".
Redaktor pyta a czy lekarze informują rodziców o stanie zdrowia dziecka
- Oczywiście - zapewnia dr K... Tylko, że niektórym trudno jest zrozumieć te informacje. Bywa więć, że chodzą od lekarza do lekarza i pytają o te same informacje. Zamęczą człowieka.

W jutrzejszym wydaniu GW, dla zainteresowanych "Prawa małego pacjenta w praktyce".

anna30 - 2010-12-08, 23:14

Wiecie co? A ja się zgadzam z tymi rodzicami w 100%! Pamiętam jak Madzia we Wrocławiu po operacji była, 40 stopni upału w sali, żar się z nieba na dworze lał, sale przepełnione, 36 dorosłych, 4 dzieci z matkami na maleńkim oddziale i... jedna salowa, która palcem do d...trafić nie mogła tyle miała roboty. W łazience (złączonej z naszą salą) pampersy nam wychodziły z kosza, smród niemiłosierny. Wpadła Pani dyrektor i "delikatnie" zwraca mi uwagę, że kanapkę na szafce na talerzyku miałam, że to bakterie itp. Więc ja Ją za fraki do tej cuchnącej łazienki z biegającymi już po podłodze pampersami i pyatam, czy to czasem nie są gorsze bakterie niż te na kanapce? A Ona się purpurowa zrobiła i... ochrzaniła Bogu ducha winną salową!!! Manda, wcale nie jesteś przewrażliwiona! Ten, co nie spędził na różnych oddziałach wielu długich miesięcy, może nie dowierzać. Ja wierzę, bo przeszłam na własnej skórze nie raz - olewatorskich lekarzy, pielęgniarki bez uczuć, koszmarne warunki, koszmarne traktowanie i małego pacjenta, w którym widziano tylko rokowania, statystykę i kasę z NFZtu!!! A że się dopytujemy, my rodzice? hm... Chyba mamy do tego prawo, prawda?
manda7 - 2010-12-09, 08:16

Ja gdybym się nie dopytywała to nic bym nie wiedziała.Jak słyszysz codziennie trzeba czekać bez zmian a potem nagle dosłownie z dnia na dzień musimy operować bo w ten sposób ratujemy życie to o co chodzi?My nie mamy obowiązku znać się na chorobie dziecka to lekarz powinien wytłumaczyć wszystko, od tego też jest.Jednym słowem służba zdrowia a dokładniej personel schodzi na psy.Gdyby nie matki to i lekarze i pielęgniarki dawno by "kopyta"powyciągały.Jak moją Tosię w nocy trzeba było karmić przez godzinę-półtorej żeby zjadłą chociaż 30ml i zaraz znowu to żadna nawet oka by nie zmrużyła albo by mi dziecko zamęczyły.Po prostu masakra jest i już.
mm - 2010-12-09, 08:39

Pojawił się dziś artykul w internetowym wydaniu gazety. Wklejam poprawiony link W pogoni za lekarzem
anna30 - 2010-12-09, 13:12

Przeczytałam cały artykuł "od dechy do dechy". I teraz mogę spokojnie powiedzieć, że został napisany bardzo delikatnie... Nie byłam w Korczaku, ale wiele słyszałam o panujących tam warunkach, jest ciężko, bo to stary budynek. Jeśli chodzi o wrocławskie szpitale, to całkiem dobre warunki są na kardiologii na Kamieńskiego, nie jest to rewelacja, ale w porównaniu np. do Kliniki na Wrońskiego to istne niebo na ziemi!!! Zarówno jeśli chodzi o warunki bytowe, opiekę lekarzy, podejście pielęgniarek jak i wyposażenie oddziału. Nie zapomnę, jak trafiłam tam z Pyzatą i jak jedna z pielęgniarek na oddziale kardiologii zapytała mnie z ironicznym śmiechem, po co mojemu dziecku viagra... A sildenafil 9składnik viagry Ją przy zyciu utrzymywał, bo nadciśnienie płucne zmniejszał). Ręce mi opadają! Parodią jest też według mnie Medinet we Wrocławiu, niby prywatna klinika, ale wcale się nie dziwię, ze przez wielu nazywana "fabryką"... Oj, książkę by o tym wszystkim napisać. Rozumiem, że szpitale nie mają pieniędzy na remonty, łóżka dla rodziców, lodówkę czy choćby toaletę, ale trochę wczucia ze strony personelu, trochę sympatii, wyrozumiałości. Bo prawdą jest niestety, że większość lekarzy traktuje nas - rodziców jak intruzów lub zło konieczne :nie:
kabatka - 2010-12-09, 13:37

Aniu jak czytam to co piszesz, to pod wszystkim w zasadzie mogłabym się popisać, zmieniając tylko nazwy placówek. I niby jestem w innym miejscu, te pobyty w szpitalu z Kubulą jakoś się we mnie wyciszyły, ale chyba to właśnie przez nie z Niną mam tak totalny uraz do lekarzy, do szpitali, że dochodzi do tego, że nawet jak powinnam coś sprawdzić z Niną, to odkładam, wmawiam sobie, że to na pewno nic takiego, minie, nie szukam, nie zgłębiam, jak nie ja :idea: Na szczęście jak na razie to się sprawdza, nigdy nie było nic poważnego, ale to podejście mnie wkurza, bo z drugiej strony przez to mogę coś przegapić...

Nie pomógł mi w moim podejściu do lekarzy także mój ostatni kontakt z naszą szanowną służbą zdrowia, czyli poród...

anna30 - 2010-12-09, 13:43

Monika, i obyś przy Nince jak najrzadziej z usług tej naszej służby zdrowia korzystać musiała :spoko: Ale coś w tym jest, że taki "uraz" pozostaje. Jak moja mama była niedawno w szpitalu, to sama się złapałam, że w bojowym nastroju każdą rozmowę z lekarzem zaczynałam. Taka chyba już skaza na umyśle mi została :lol:
mm - 2010-12-09, 13:45

Do dzisiejszej GW dołączony jest dodatek "Poradnik dla Małych pacjentów i ich rodziców". Okazuje się, że ruszyła akcja "Leczyć po ludzku". Ustawa o prawch pacjenta pojawiła sie kilka miesięcy wcześniej. Niewiele osób, (pacjentów) zna prawa przysługujące w szpitach i przychodniach. Niestety jak widać lekarze również.
Ja po przeczytaniu tego poradnika wiem, że rodzic, przebywając na oddziale szpitalnym z dzieckiem również ma swoje prawa. Wcześniej myślałam, że jest tam intruzem i każdy, począwszy od salowej może go ochrzaniać.
Rodzic może prosić o drugą opinię. Piszą, że mamy prawo żądąć konsultacji specjalisty, jeżeli uważamy, że lekarz prowadzący jest niewystraczający. Może to być nawet opinia specjalisty z zewnętrz.
Ja po przyjęciu mojego Piotra na Oddział zakaźny od pierwszego dnia prosiłam o konsultacje kardiologa dziecięcego. Odmawiano mi kilkakrotnie. Nawet za opłatą. Powiedzieli, że obcego lekarza nie wpuszczą na Oddział. Pomimo, że był zaprzyjaźniony z lekarzami z Oddziału. Do konsultacji kardiologa doszło ale wtedy, kiedy Piotr miał już płyn w worku osierdziowym i jego stan był bardzo zły. Być może gdyby leczenie zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych od początku było prowadzone w porozumieniu z kardiologiem, to Piotr dziś by żył. Prawo do konsultacji leczenia przy współudziale kardiologa nam przysługiwało a my o tym nie wiedzieliśmy. :]

kabatka - 2010-12-09, 13:53

Widzisz, ja Ci Aniu zazdroszczę tak naprawdę tej bojowej postawy, bo wydaje mi się, że nią można zwojować więcej, a nawet jeśli nie zwojować, to lepiej ze sobą się czuć. Ja za to na fartuch reaguję otępiale, normalnie raczej (chyba :roll: ) nie mam problemu z artykułowaniem, czego mi potrzeba (np. w pracy, sklepie, banku, itd.), za to w kontakcie z lekarzem, szpitalem czuję się jak dziecko. W pewnym momencie z Kubulą wydawało mi się, że nauczyłam się egzekwować to co ważne dla mojego dziecka, ale gdzieś chyba po śmierci Kubuli to szybko uleciało i już nie wróciło.
Bardzo często mnie wkurza w sobie, że przytaknęłam na coś, a potem w domu tysiąc razy powtarzałam w głowie tę samą rozmowę i wiedziałam wtedy dokładnie co powinnam odpowiedzieć :] Dlatego ja to należę do tych co to pismem są w stanie chyba dokładniej wyrazić co czują niż bezpośrednio :-? Stąd np. skarga po porodzie do rzecznika praw pacjenta była mi potrzebna dla mnie samej.

Gosiu, właśnie Gazetę Wyborczą cenię za jej kampanie społeczne. Leczyć po ludzku śledzę już od jakiegoś czasu (wcześniej było też Umierać po ludzku, pisałam do nich nawet w sprawie prosektorium: co napotykają rodzice zmarłego dziecka - wspominaliśmy o tym też ostatnio na Zakątku).

mm - 2010-12-09, 14:21

Tak wspominaliśmy. Ja niestety nie byłam w stanie tego przeczytać.
Natomiast moja postawa w kontaktach z lekarzami też zmieniła się ale w tym sensie, że czuję się bardziej po partnersku. W przypadku Piotra, diagnozy były trudne do przyjęcia, "ciężkiego kalibru". Byłam tak wystraszona, że niemal klęczałam przed lekarzmi i tępo słuchałam wszystkiego co mają do powiedzenia. Teraz rozmawiam, na szczęście o anginach, alergiach, często w zaciszu prywatnego gabinetu (mam fajną pediatrę). To nie są rozmowy w biegu na krytarzu, gdzie ja mam świadomość, że jestem bez prysznica kilka dni (bo nie ma gdzie), jestem rozczochrana, w dresie, bez makijażu i jestem trakowana jak intruz. A tu przychodzi, pachnąca, wystrojona, wypacykowana p. Doktor i mówi do mnie niezrozumiałym językiem.

sylpa - 2010-12-10, 19:36

Na szczęście bywają też miłe niespodzianki :-)
Kilka tygodni temu jak zwykle w piątek wieczorem (dzieci zawsze zaczynają chorować o takich porach?) Patrycję zaczął boleć brzuch, zwymiotowała, dostała gorączkę i musieliśmy jechać na doraźną.

Pierwszy szok był taki, że nie było kolejki, a bardzo miły pediatra zbadał Patrycję dokładnie i z cierpliwością - (a jak jest chora to ma straszne fochy i trzeba mieć do niej wtedy naprawdę odpowiednie podejście).

Lekarz nic konkretnego nie znalazł, ale stwierdził, że trzeba wykluczyć wyrostek, więc dostaliśmy skierowanie na dziecięcą izbę przyjęć do szpitala.

Od razu mi ręce opadły, myślę sobie: "No to teraz się nasiedzimy na tej izbie zanim ktoś raczy Patrycję zbadać", noc z piątku na sobotę, itp.

A tu niespodzianka, bo chirurg przyszedł za 3 minuty, był miły i cierpliwy, wyczerpująco odpowiedział na wszystkie nasze pytania i co było najważniejsze powiedział, że gdyby cokolwiek się pogorszyło możemy śmiało w każdej chwili przyjechać jeszcze raz. Doszło nawet do zabawnej sytuacji, bo lekarz zwracając się do mnie mówi" "Proszę pani....", a Patrycja na to z lekkim oburzeniem mimo złego samopoczucia: "To nie pani - to moja mamusia". A pan doktor spokojnie: "Dla ciebie mamusia, a dla mnie pani". A Patrycja do niego: "OK" ;-)

Wiem, że to sprawa zupełnie innego kalibru niż pobyt w szpitalu po poważnej operacji, ale jeśli są pozytywy to też warto o nich mówić. :tak:

Gosmis - 2010-12-12, 22:29

Ostatnie dni spędziłam na Szpitalnej na VI oddziale i muszę przyznać przeżyłam szok pielęgniarki oddane dzieciom, lekarze rozmawiający z rodzicami i tłumaczący co się dzieje z dzieckiem i jak postępować. Oddział może brzydki z wyglądu ale przyjazny tak dzieciom jak i rodzicom aż miło pomyśleć i prosić Boga aby więcej było takich w całej Polsce.
mafra - 2010-12-13, 08:57

To ja pochwalę Klinikę Ortopedyczną w Poznaniu - uprzejmie, kompetentnie, czysto i w sposób zorganizowany wszystkie nasze trzy pobyty się odbyły :-) I obyśmy do żadnego szpitala więcej nie musieli jeździć, bo w każdym będzie gorzej... Nie musiałam być matką roszczeniową. Byłam matką pytającą i też to przeżyli :-)
grażyna - 2010-12-20, 13:29

W związku z nasza wizytą w rejonowej poradni chirurgicznej nasuwa mi się jedno słowo: kombinat. Słuchajcie pacjenci wołani są po dwie, trzy osoby :shock: . Rozsyłani są w boczne, otwarte drzwi do dwóch gabinetów zabiegowych, gdzie rozbierają się i czekają na wizytę lekarza. Oczywiście słyszymy wyraźnie i dokładnie z czym przyszli pozostali pacjenci. Lekarz chodzi od jednego gabinetu do drugiego i ogląda wskazane miejsca. W między czasie słuchając jeszcze w swoim gabinecie z czym przyszedł ten trzeci. W związku z otwartą raną u Anety poprosiłam o antybiotyk, bo profilaktyka zapalenia wsierdzia. Wpadł mi w słowo, że z tym nie do niego tylko do lekarza pediatry. Niby dlaczego do pediatry skoro Aneta dawno dorosła? Wiem, nie widać może, ale lekarz choćby wiek pacjenta mógłby przeczytać. To już teraz chirurg nie może przepisać recepty(musiałam specjalnie gnać popołudniu do przychodni rodzinnej). Wychodzi się też już bocznymi drzwiami i tak sznurek pacjentów leci.
Kombinat, normalnie kombinat.

ewelkaa - 2011-05-05, 10:51

To i ja trochę ponarzekam..
Potrzebuję iść z Cyprianem do neurologa ( w związku z jego totalnym rozdrażnieniem, znudzeniem , robieniem yyy itp - ale to w innym wątku szczegóły podam jak znajdę czasu trochę).. sprawa raczej pilna (tym bardziej, że za miesiąc Jadowniki). Więc dzwonię dziś i się dowiaduję , że do naszej pani neurolog pierwszy możliwy termin LISTOPAD :wow: :wow: :wow:

Jezu jaka jestem zła :-x :-x :-x

grażyna - 2011-05-05, 11:01

Ja ostatnio zaczynam chodzić do lekarzy prywatnie, ale dostaję szału po takich wizytach. Ostatnia nic nie wniosła a kosztowała mnie 120zł. Ale szły święta, normalna wizyta kilka miesięcy czekania, albo nawet zapisów nie robią. Co mam robić? Piszę się na prywatną. Ta jest często już na drugi dzień i najczęściej w tym samym gabinecie, do którego z błogosławieństwem NFZ nawet zapisać się nie mogę :evil: .
ewelkaa - 2011-05-05, 11:05

Mam jeszcze w planie podejść w poniedziałek do pani doktor i zapytać czy nas przyjmie. Niby się deklarowała kiedy byliśmy u niej w sierpniu, że nie będzie problemu w nagłym przypadku.

A jeśli nie to też pozostanie nam wizyta prywatna ;/
W sumie my bardzo często wybieramy właśnie takie.

Tak czy siak nadal jestem zła :-x :-x bo nie widzę w tym całym systemie większego sensu :-x

Ania-wiosna08 - 2011-05-05, 11:14

ewelka - a to nie bunt 3 latka?
bo mój właśnie teraz chyba przechodzi - wszystko jest NE, obraził się na mnie, na jedzenie, na zabawki, i wiecznie coś mu nie pasuje...jest rozdrażniony często i niezadowolony co by sie mu nie mówiło o co by sie nie prosiło...i te wiecznie YYYYYYYYYYYYYYYY z groźną miną...
(na początku stawiałam że szpital go tak wykończył i że to przez to ale wydaje mi się że to bunt)

coś wiem o tych terminach :-x ja w styczniu dzwoniłam aby zapisac szymka na kontrole serca (po zabiegu botalla i małym otworku który zamknął sie koło 1 rż mamy raz w roku takie kontrole u pani prof z LUXmedu) i dzwoniąc w styczniu br pani z infolinii zaproponowała nam koniec czerwca :wow: oczywiście zapisałam się :spoko:

trzymajcie się i mam nadzieję że neurolog potwierdzi ten bunt 3latka :tak:

ewelkaa - 2011-05-05, 11:27

Aniu mam nadzieję, że to tylko bunt trzylatka. Ale ja u niego obserwuję czasem dziwne zachowania :-( wieczorem postaram się to opisać w wątku neurologicznym.
Ania-wiosna08 - 2011-05-05, 11:32

napisz napisz, jestem ciekawa bo mój też czasami zachwuje się "dziwnie" albo to moja wyobraźnia bo mąż mówi że przesadzam...
a ja to mogłabym do neurologa biegać co tydzień z każdą miną oczami głową źle ułożoną ręka do zabwy itp itd i z każdym jękiem czy piskiem Sz...

PS z takich moich ostatnich obserwacji widzę że jak Sz się czymś ekscytuje to otwiera buzię jak przy wielkim zdziwieniu robi OOOOOOOOOOOOOOO na głos i macha łapkami jak kurczak skrzydełkami ...to podobno nie za dobry objaw z tego co słyszałam ale co oznacza nie wiem - może jakiś stopień upośledzenia ciężki nie wiem... ;/

ewelkaa - 2011-05-05, 11:39

Opiszę, opiszę.
Ja do tzw panikar nie należę, i wizytę u jakiegokolwiek specjalisty traktuję jako ostateczność..a może to i źle :-( może gdybym wcześniej się zdecydowała na wizytę, nie miała bym teraz powodów do zmartwień ;/

aniamamajulci - 2011-05-05, 11:52

Ania-wiosna08 napisał/a:
PS z takich moich ostatnich obserwacji widzę że jak Sz się czymś ekscytuje to otwiera buzię jak przy wielkim zdziwieniu robi OOOOOOOOOOOOOOO na głos i macha łapkami jak kurczak skrzydełkami ...to podobno nie za dobry objaw z tego co słyszałam ale co oznacza nie wiem - może jakiś stopień upośledzenia ciężki nie wiem... ;/


Aniu to moja Lena też musi mieć ZD bo robi dokładnie tak samo.
Nie znam dziecka, które przy ekscytacji tak nie robi. Lena dodatkowo robi oczy wielkie jak 5zł.

Alicja - 2011-05-05, 11:54

Ewelina... nie wolno myśleć pesymistycznie do czasu wizyty !
W Jadownikach jest fajna,doświadczona p.psycholog.Porozmawiaj z nią koniecznie.

ewelkaa - 2011-05-05, 11:56

Dzięki Alu :*
Ania-wiosna08 - 2011-05-05, 11:59

aniamamajulci- jak byłam z Sz na wizycie w przedszkolu do ktorego się wybieramy za pare mieś.to pani dyr i pani pedagod zapytały mnie czy często tak robi (jak opisałam) a dały mu jakies zabawki święcoće dzwoniące itp to się ucieszył chłopak...zdziwiłam się bo dla mnie to zwyczajny przejaw ekscytacji małego dziecka ale wg nich to jakis problem chyba że dziecko robi wielkie oczy robi OOOOOOOOO i macha łapkami... ;/ i pytały mnie dziwnie jak często TO robi itp :-?
ewelkaa - 2011-05-05, 12:02

Mój Cyprian też tak robi kiedy się bardzo podekscytuje. Z tym, że on to aż cały się trzęsie czasem i też robi oczy jak 5 zł :-?
Alicja - 2011-05-05, 12:09

Nie oczekujmy Ewelinko od naszych dzieci,że będą zachowywać się normalnie skoro w zespół wpisane jest upośledzenie umysłowe.
Dla spokoju skonsultuj się z lekarzem,psychologiem zrób badania :*

mamagugu - 2011-05-05, 12:13

Przepraszam bardzo, a jak dziecko które nie potrafi mówić, ale czuje i przeżywa ma się inaczej wyrazić? :?: Poza tym jest jeszcze sprawa temperamentu. Znam mnóstwo dorosłych, którzy jak się cieszą albo dziwią, albo wkurzają to wyrażają to czynią to każdą komórką ciała swego.
Ewelina, nie zamartwiaj się na zapas. Poczekam na twój wieczorny wpis ale ten wstępniak to raczej nie nastraja do zmartwień. :tak:

anna30 - 2011-05-05, 12:49

Ło matko! U nas takie "objawy" normalne, czasem to jeszcze Paula z radości język wystawia :wow: Nie pomyślałam, że może być w tym coś złego, coś nie tak. Psycholog tą "radość" widziała i nie stwierdziła, żeby było coś nie tak. Stopnia upośledzenia u Pauli nie da się okreslić, bo za mała, ale każdy, kto Ją bada, z Nią pracuje (neurolog, psycholog, pedagog, logopeda) twierdzi, że raczej umiarkowany. Oczy jak 5 złotówki robi, płaczemy ze śmiechu jak się czemuś dziwi. Jak się wkurzy to YYYYYYY też jest. Humory ma, ale dla mnie to wszystko jest ewidentnym buntem.
A wracając do tematu :oops: Wczoraj gnałam do pediatry z Paulą, bo dostała wysokiej gorączki i za nic nie dało się jej zbić. Zaczęła nam odpływać, dusic się. Wolałam sprawdzić. W przychodni kolejka kilometrowa. Oczywiście brak numerków, była 14.30, następny pediatra przyjmuje od 17-tej. Masakra. Pielęgniarka zaniosła do gabinetu kartę Paulinki, wyjaśniła o co chodzi, doktor się zgodziła bez wahania, po czym grzecznie zapytała mamuś, czy przepuszczą dziecko z bardzo wysoką goraczką, że dziecko jest po operacji serca itp. Wszystkie jak jeden mąż się zgodziły, bo w sumie nie było żadnych cięższych przypadków, weszłyśmy od razu. Bardzo to miłe i budujące było :tak:

mamagugu - 2011-05-05, 12:51

A to ładnie się mamy zachowały :tak: A jak Palcia dzisiaj?
anna30 - 2011-05-05, 12:55

Do trzeciej walczyła, o 3.30 gorączka wreszcie odpuściła. Łapy mi omdlewały od noszenia. Spałyśmy obie do 8. Teraz o niebo lepiej, zero gorączki, ale dalej gluty Ją dusza. Inhalujemy, kropimy. Będzie dobrze :spoko:
Właśnie dlatego to napisałam, bo było tych mam w przychodni sporo i żadna nawet nie skomentowała. A się niestety zdarza.

vagabunda8 - 2011-05-05, 15:00

Może nie w tym wątku powinnam, ale.... Zaczęłam walkę – na razie na terenie warszawskiej Ochoty, o to by opiekunowie, rodzice z dziećmi, z upośledzeniem umysłowym byli obsługiwani poza kolejnością. Ta kolejność dotyczy nie tylko kolejki u lekarza, ale i na poczcie, w urzędzie itp. Mam poparcie radnej, która, bardzo mocno się w to zaangażowała, Obiecałyśmy sobie docelowo zrobić to na tereni W-wy. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
efcia - 2011-05-05, 18:56

BaHa brawo, popieram i trzymam kciuki :super:
Ania-wiosna08 - 2011-05-12, 13:20

vagabunda - a jest szansa że i na mokotowie a dokładnie w MSWiA w przychodni też zadziałacie? bo tam jest czasami jak w CZD - masz wyznaczoną godz np na 13 a wchodzisz i tak o 15 bo obowiązuje kolejność przyjść a nie nr :-x tak sobie mamusie ustalają - za każdym razem inną regułę - a jak jestem tam z Sz nigdy nie zastanawiałam się czy jako dziecko niepełnosprawne i upośledzone może wejść jako 1

a nawet kiedyś spotkałam się z tym że raczej NIE bo dzieci to dzieci bez różnicy i czy chore czy niepełnosprawne nie można rozgraniczać ;/

oczywiście gratuluje pomysłu i zacięcia :spoko:

BeataR - 2011-05-12, 13:30

oczywiście jako warszawianka, jestem całą soba za :spoko: ale nawet na Andersa, dopiero co po operacji Natalki, musiałam odsiedzieć z nią 2 godziny i nawet nie miałam gdzie przewinąć i nakarmić :-( takie są realia
mija - 2011-05-12, 14:20

Pomysł świetny.
My zawsze w naszej przepełnionej przychodni czekamy z godzinę aż nas wezwą.
Bianka łazi wszędzie wchodzi do gabinetów, wc, za ladę....
Po prostu nie rozumie, że raczej nie wolno a robi to z nudów.

grażyna - 2011-05-12, 15:56

Ania-wiosna08 napisał/a:
(...)w CZD - masz wyznaczoną godz np na 13 a wchodzisz i tak o 15 bo obowiązuje kolejność przyjść a nie nr :-x tak sobie mamusie ustalają - za każdym razem inną regułę (...)


Ania, Ty jesteś miejscowa, a gdybyś miała z przychodni jeszcze 250km do domu ;/ . Ja pamiętam te horrory w CZD jak jeszcze jeździliśmy tam na wizyty. Koszmar na tych korytarzach. Kotłował się tam człowiek cały dzień i to bardzo często siedząc na podłodze, bo tam krzesełek tylko kilka stało.

Ania-wiosna08 - 2011-05-12, 16:03

wiem Graża wiem - ja mam jakieś 50 km do CZD mimo że mieszkam w wawie ;-)
i tylko raz byłam tam na wizycie (1 wizyta dr G) spędziłam tam tylko 6 h :lol:

vagabunda8 - 2011-05-12, 17:54

Słuchajcie, ja mieszkam na Ochocie i w tym temacie nagabuję jedna radną. Myślę, że np., na Mokotowie też można by coś takiego przeforsować, tylko należałoby znaleźć kogoś, kto byłby zainteresowany tym tematem. Okazja jest dobra, bo to prawie początek kadencji jednostek samorządowych i radni jako tacy chcą jeszcze się czymś wykazać, i nie są zmanierowani.
Ha, marzenie żeby tak w większości dzielnic to poruszyć.
CZD rządzi się zupełnie innymi prawami. My nie możemy narzekać, bo mamy na karcie napisane wołowymi literami, żeby przyjmować poza kolejnością. Kiedyś do gabinetu kardiologa weszłam po 6 godz. pani doktor jak zobaczyła Antka to najpierw wypadła z gabinetu jak furia, ochrzaniła panienki z gabinetu pomiarowego, ale i tak napisała wołowe literki. ;-)

grażyna - 2011-05-12, 20:15

Ja takie fory tez kiedyś miałam u swojej kardiolog :-D . Pokazywałam się, że jestem i byłam proszona do gabinetu. Pewnie dobrze, że nie słyszałam komentarzy innych pacjentów, zwłaszcza, że Aneta miała zwyczaj nazywania pielęgniarek "ciociami" i bardzo często był w poradni okrzyk: o, moja ciocia idzie :lol: .
vagabunda8 - 2011-05-12, 20:23

:lol:
A wiesz że specjalnie nie przejmuję się tym gadaniem? Kiedy po tym długim oczekiwaniu na wejście do gabinetu, podawali Antkowi tlen, od tamtej pory nie mam wyrzutów. Sama sobie tego nie wymyśliłam i nie ja pisałam wołowe litery. Nawet gdybym chciała poczekać jak jest niewiele osób, to nie bardzo mogę bo wszędzie teraz nas wzywają. I wiesz co Grażynko, nawet nie bardzo chyba bym chciała to zmienić. Najbardziej wkurzające jest to że jak się czeka w poczekalni żeby wejść do gabinetu, wiadomo kupa ludzi z przewagą kupy, bo jak jest jedno dziecko, to często z tym dzieckiem jest caaaała rodzinka. Babcia, wujek, ciocia, mama tata, a oddychać tam nie bardzo jest czym. ;/ Więc natychmiast wchodzę jak tylko nas wyczytają. Aha, jedyny wyjątek, jak przede mną stoi mama z kilkudniowym dzieckiem.

grażyna - 2011-05-12, 20:32

Jakoś też tego nigdy nie rozumiałam. Dlaczego ludzie jadą na te kontrole do CZD z całą rodziną? Rozumiem, jedna osoba do pomocy ale tak jak piszesz tam często jest kilka osób.

No nie, mnie komentarze też nie przeszkadzają ;-) .

Grażyna O. - 2011-05-12, 22:08

Dziewczyny, a ja wykorzystałam :roll: niepełnosprawność Tomka w poniedziałek (pierwszy raz). Byliśmy zarejestrowani do poradni wad postawy na 16. Lekarz o wielu specjalizacjach do godz. 16 przyjmuje w przychodni ortopedycznej, od 16-18 w poradni wad postawy ( ten sam budynek, nawet pokój ten sam). Przyjechaliśmy przed czasem, w poczekalni aż ciemno - tylu pacjentów do ortopedycznej. Tak czekaliśmy do 17,30 - do poradni ortopedycznej jeszcze 5 pacjentów, a z 20 kolejnych za nami do "wad postawy".

W końcu moja cierpliwość się skończyła, wróciłam do rejestracji i pytam panią "ileż można czekać z dzieckiem niepełnosprawnym, po to tylko żeby dostać skierowanie na buty. Dziecko jest zmęczone, nie będę ani minuty dłużej czekać i proszę mnie zarejestrować na taki termin, kiedy pan doktor będzie miał czas nas przyjąć."
Pani nabrała kolorów :oops: , troszkę się zapowietrzyła, wyleciała z rejestracji. Wróciła po 2 min. i kazała nam wejść do gabinetu.

Pan doktor kazał Tomka rozebrać, musiał się przejść do drzwi i z powrotem. Wziął zlecenie, wypisał i kazał przyjść za rok - wizyta zajęła 5 min.

Ale spojrzenia pozostałych pacjentów - bezcenne :]

vagabunda8 - 2011-05-12, 22:22

I o to chodzi :jupi: :jupi: :jupi:
przecież nasze dzieciaki, naprawdę nie mogą długo czekać. Tylko dlaczego nie załatwić tego tak żeby było to normą??

magda - 2011-05-13, 08:26

A dla mnie nie jest to zrozumiałe dlaczego nasze dzieci miały by czekać krócej niż inne dzieci :nie: Wszędzie się obruszamy, że traktują nasze dzieci inaczej a tu na własna prośbę tego chcemy. Przecież do lekarza przychodzą chore dzieci i dla mnie nieważne czy z zespołem czy nie, tak samo marudzą i tak samo cierpią. A co byście zrobiły gdyby w poczekalni były same niepełnosprawne dzieci? Co miało by decydować o kolejności ich przyjmowania, stopień niepełnosprawności czy może Downy pierwsze, drugie z porażeniem a trzecie niewidome? Nie rozumiem, sorry? (zaznaczam, że chodzi mi o przychodnie gdzie są chore dzieci)
vagabunda8 - 2011-05-13, 11:21

Magda moim zamysłem jest pomoc przy wejściu do gabinetu. Zwykle jestem sama z Antkiem. Po upływie 30 min odbija mu szajba i to niekontrolowana, biega jak oszalały i nie ma na niego metody. Nie umiem się sklonować i często jak pani czyta nasze nazwisko nie ma nas pod gabinetem, bo muszę ganiać za nim po całym korytarzu. W efekcie jak jakimś cudem wejdziemy już do p. doktor, to nie ma sensu badać go, bo nic z tego nie wychodzi. On jest już umordowany do granic możliwości i zero współpracy ze mną czy lekarzem. Oczywiście, że w pewnym sensie masz rację, ale tu chodzi jednak o zdrowie. Wiadomo, że do lekarza nie chodzą dzieci zdrowe, ale te bez upośledzenia są bardziej zrównoważone, można je jakoś zabawić, książeczką czy zabawką, z moim synkiem to nie działa. On na sam widok lekarza ma traumę. Podobna historia dzieje się w urzędzie, czy na poczcie. Tam gdzie daję radę załatwiam jak on jest w przedszkolu, ale nie zawsze tak się da. Stąd mój pomysł, zresztą nie jest nowy i kiedyś był taki przepis, ale umarł.
Grażyna O. - 2011-05-13, 17:20

Mnie nawet nie chodzi o pierwszeństwo, tylko żeby lekarz przyjął nas w wyznaczonym terminie. Zapisuję się na daną godzinę, jestem elastyczna i mogę poczekać pół godz.
Gdybym nie wykorzystała Tomka, to czekałabym jeszcze co najmniej godzinę.
I to nie wina lekarza, właściwie nie wiadomo kogo wina? Pań w rejestracji bo zapisywały co 10 min. a lekarz aby zbadać pacjenta to potrzebuje więcej czasu? NFZ, bo to chyba jedyny ortopeda w okolicy z którym podpisano umowę?
Nie wiem, i nie interesuje mnie to, jak będę przyjęta w wyznaczonym terminie - nie będę musiała posuwać się do takich zagrywek.

magda - 2011-05-13, 17:39

Grażka, ale ja na Twoim miejscu zrobiłabym tak samo. Jak jestem zapisana na godzinę to sama się dopominam o przyjęcie ale jeżeli przychodzę do lekarza "z ulicy" to nie wiem dlaczego miałabym zostać przyjęta poza kolejnością.

A odnośnie obsługiwania poza kolejnością np. w sklepie czy na poczcie, to u nas w sklepie jest kasa dla uprzywilejowanych i niejednokrotnie kolejka jest dłuższa niż do zwykłej kasy. Uprzywilejowanymi osobami są: niepełnosprawni, kobiety w ciąży, osoby powyżej 75 roku życia.

Reasumując, bardziej dopominała bym się określonych godzin przyjmowania a nie obsługiwania poza kolejnością.

vagabunda8 - 2011-05-14, 08:31

Właśnie takie uwagi są cenniejsze od złota i pochlebstw. Może to logistyka w przychodni pada? Na Niekłańskiej w poradni zeza też tak było, że lekarz przyjmuje, co kwadrans i zapisane są trzy osoby na tą samą godzinę, a i tak, kto pierwszy ten lepszy. W IMiDz do endokrynologa tez tak było i sama p. doktor zrobiła z tym porządek. Przychodzi punktualnie, przyjmuje w wyznaczonym czasie, a kto się spóźnił spada na koniec kolejki. U niej nie ma szans wejść wcześniej czy później i to mi się podoba. Wiadomo, że może być 5 min do przodu, albo do tyłu, ale nie ma godzinnych kolejek. A wierzcie, że pacjentów całe stado. Nikt nie mówi o wejściu do gabinetu z marszu. Generalnie chodzi o zachowanie jakieś hierarchii przy wchodzeniu do gabinetu bardzo nieuporządkowanego.
Z kasami w super sklepach to się zgadzam tam to jest różnie nawet panowie z 2 piwami pchają się do uprzywilejowanej kasy.
A jak u Was na Poczcie?

hoobs - 2011-05-16, 22:58

Popieram zdanie magdy. Wymagamy, aby nasze dzieci traktowano na równo z innymi, a sami prowokujemy odwrotne sytuacje. Poza tym, nasze dzieci też kiedyś będą dorosłe i powinny od początku przyzwyczajać się do panujących społecznie zwyczajów. Muszą wiedzieć, że idąc na pocztę (wierzę, że będą na tyle samodzielne, że będę potrafiły załatwić swoje proste sprawy...chyba, że do tego czasu poczta przestanie funkcjonować :) ) należy ustawić się w kolejce, a przy wizycie u lekarza ustalić kolejność wchodzenia czy to po numerkach czy na godziny czy po pierwszeństwie przybycia.
A póki co wszystkim życzę, żeby ustalenia te zawsze były jednoznaczne i bez opóźnień, choć na razie tego chyba nie przeskoczymy.

Nie ukrywam, że też zdarzyło mi się wykorzystać niepełnosprawność Patryka, np. kiedy w piątek po wizycie u lekarza dostaliśmy receptę na robiony lek. Pani w aptece nie chciała zrobić mu leku na sobotę tylko kazała odebrać go w poniedziałek. Wyjaśniłam jej sytuację i zrobiła mi go jeszcze w piątek o 22, podobnie kiedy mówią, że nie ma miejsc do lekarzy i jest długi termin oczekiwania, to gdy mówię, że mam dziecko z zD to termin znajduje się szybciej. Ale to są wyjątkowe sytuacje i w innych wypadkach staram się tego nie naginać.

grażyna - 2011-05-17, 13:54

No tak, zgadzam się ogólnie z tym równym traktowaniem. Mam tylko dwa "ale". Zespół zespołowi nie równy i są takie dzieci, dorośli z zepołem(lub inny upośledzeniem umysłowym), którzy naprawdę powinni być wpuszczani bez kolejki bo nie są w stanie w niej czekać. Drugie "ale" to takie, że ja nie chcę, aby wpuszczać Anetę bez kolejki bo ma zD, ale dlatego, że ma poważną wadę serca i nie może czekać np. w upalny letni dzień pół dnia w kolejce, albo normalnie ma gorszy dzień, ma zawroty głowy itp.
Ocenę stanu osoby powinien podjąć lekarz np. po informacji od pielęgniarki, rodzica. Jeżeli jest to stała nasza przychodnia taki wpis o "pierwszeństwie" powinien być umieszczony na karcie informacyjnej.

vagabunda8 - 2011-05-17, 14:42

Dzięki Grażynko to cenna uwaga, właśnie o coś takiego mi chodzi. :-)
julkakulka - 2011-07-16, 14:05

Ewelina napisał/a:
Mojej przyjacółki brat jest diagnozowany od 3 lat. W tym czasie odwiedził większosć specjalistycznych szpitali na śląsku, za kazdym razem diagnoza była inna. Już 3 razy zdiagnozowali mu rózne odmiany raka, był chory na neuroboleriozę miał toksyczne zapalenie stawów, zapalenie mózgu :shock: i wiele innych dolegliwości. Lekarze pewni swoich diagnoz przekazywali informację tylko rodzinie, za każdym razem dawali kilka miesięcy życia. On doskonale wiedział, że coś z nim nie tak ale nigdy do końca nie był pewien na co choruje. Po dwóch latach stracił pracę, starał sie o rentę i wszystko było by Ok gdyby nie ostatnia diagnoza " JEST ZDROWY" . I to spowodowało że 30 - letni facet nie ma pracy, nie ma szans na normalne życie, dalej choruje i dalej nie wie na co choruje.


To dowodzi, że nawet wykonanie wszytskich potrzebnych badań nie daje 100% pewności choroby. Zawsze te same badania nalezy wykonywać min 2 razy u róznych lekarzy. Tylko niestety w Polsce to niemożliwe :-(


mogę prosić o namiary na tego chłopaka , leżałam na onkologii z kobitką obiawy tkie same diagnozowali ją 3lata wyszło po tym to co ja mam , neuropatia czegoś tam i guz grammochłonny nadnerczy

Tuśka - 2011-08-19, 10:47

A mój Busiek miał wczoraj tomografię w znieczuleniu ogólnym.
Trzeba to trzeba i nic się nie poradzi.
Tylko: dlaczego lekarka dała mu ponad programową ilość leków znieczulających? a potem się przestraszyła i chciała zostawić do następnego dnia?
Tłumaczyła mi, że wyjścia nie miała, bo był mocno pobudzony. Co druga pielęgniarka mnie pytała czy w domu też taki jest i jak sobie radzimy.
Ja na to, że w domu mu nie robię tomografii w znieczuleniu ogólnym i raczej nie zdarza mi się podłączać mu 6 kroplówek dziennie.
Zadziwia mnie zupełny brak zrozumienia takiego pacjenta, zadziwia mnie to i oburza, że faszeruje się takie dziecko lekami i podaje się ich więcej niż dziecku bez obciążeń. Nikt się nie zastanowi nad przyczynami pobudzenia, tylko daje leki niemal jak zwierzęciu.
W ubiegłym roku znieczulała go inna lekarka i zrobiła to umiejętnie najmniejszą dawką leku jaką mogła.
Czemu każdy lekarz na oddziale ma inne procedury?
A jeszcze wieczorem ta lekarka wczoraj przyszła i mi mówi, że mam z nim zostać do rana.
Ja jej na to, że zostawię dziecko, jeśli oczywiście zapewnioną będzie miało opiekę a sama muszę też coś jeść czy spać, bo tak jak wszyscy mam określoną wytrzymałość i większe od ogółu ograniczenia a siedzę od 9 rano bez szklanki herbaty czy kawałka bułki.
Ona mi na to, że tak nie mogę poprostu dziecka zostawić, bo 2 pielęgniarki są w nocy na dyzurze, i że o co mam pretensje, przecież w pierwotnym założeniu i tak badanie było na dziś?
I mi stawia ultimatum, że albo wychodzimy późnym wieczorem, albo zostajemy do rana.
To ja chwytam przy niej za torebkę i laskę i wychodzę, mówiąc, że wrócę rano po dziecko.
Ona w końcu, że za godzinę przyjdzie i jak dziecko nadal będzie w takiej dobrej formie to sobie do domu pójdziemy.
No i przyszła i bez słowa nas puściła.
Dodam, że nie jestem matką wariatką i gdyby się dziecku cokolwiek działo to nie ryzykowałabym przecież.
Tylko, że ona bała się nie o dziecko tylko o własny tyłek, bo najwyraźniej złamała procedurę znieczulenia.
No, to się wyżaliłam.
Refleksje?
Dobrze, że Busiek ma nas i nie jest dzieckiem placówkowym.
Przykre tylko, że tak trzeba walczyć by były te nasze dzieci traktowane z szacunkiem tak jak wszyscy pacjenci.

Ania-wiosna08 - 2011-08-19, 11:00

jestem w szoku jak czytam co napisałaś
ja byłam z Szymkiem wiele razu w szpitalach - jak sie ur, jak miał 2 zapalenia płuc i 1 anginę
jak miał zabieg itp

i owszem - odnosiłam wrażenie za każdym razem że mają nad nami jakby jakiś ochronny parasol - traktowano go zawsze z większa uwagą własnie z powodu zespołu - częściej do nas przychodzono 3 razy się zastanawiały jak coś zrobiły czy podały jakby z obawy bo przecież to zD...

raz nawet zapytałam czy trzymają nas w szpitalu z anginą 3 dni dłużej niż inne dzieci zdrowe tylko dlatego że to zespołowiec...odniosłam wrażenie że to asekuracja i dlatego zawsze trzymają nas w szpitalu a nie dają antybiotyk do domu - takie ja mam wrażenie

ale to o czym piszesz Tuśka - porozmawiaj z ordynatorem może dla spokojności
no bo jak można dziecku z problemami i zD podać większą dawkę znieczulenia :wow:

Tuśka - 2011-08-19, 11:11

My mamy dość bogatą przeszłość szpitalną i pierwszy raz mi się coś podobnego zdarzyło.
Zawsze byłam traktowana z życzliwością i szacunkiem.
Wszystko zależy od ludzi, ale przykro jakoś.

mija - 2011-08-19, 13:16

A gzie to było ? W Kielcach ?
Bo nam się w Kielcach podobna historia ze znieczulaniem na siłę trafiła.

Tuśka - 2011-08-19, 13:20

W Kielcach w dziecięcym na Langiewicza.
okruszkowa - 2011-08-19, 15:35

To widzę, że nam się udało. Robilismy tomografię jeszcze na Onkologii, kiedy na Langiewicza był uszkodzony aparat.
Tamtejszy anestezjolog w ogóle nie podał znieczulenia, bo mi maluch tak mocno zasnął, że udało się badanei bez leków zrobić. Owszem, był w pełnej gotowości, ale cały personel stawał na głowie, żeby dzieco zbadać bez wybudzenia.

Tuśka - 2011-08-19, 15:59

Z maluchami pod tym względem jest trochę prościej.
Wraz z wiekiem dziecka niestety problemów tego typu przybywa.
Mnie nie chodzi nawet o to znieczuleie, ale o podejście do takiego dziecka i o to, że podano dziecku zadużo leków na wszelki wypadek.
Chodzi mi też o fakt, że znieczula się dziecko nie dla jego dobra tylko dla dobra lekarza, dla komfortu jego pracy.
takie mam wrażenie.
W CZD miał badanie słuchu i jakoś wziewna narkoza wystarczyło a po 2 godzinach od zakończenia badania wyszliśmy.
Nikomu do głowy nie przyszło robić szopkę z przyjmowaniem na oddział itd.

mija - 2011-08-20, 10:05

"Chodzi mi też o fakt, że znieczula się dziecko nie dla jego dobra tylko dla dobra lekarza, dla komfortu jego pracy.
takie mam wrażenie."


No właśnie Tuśka, tam tak jest.
Dokładnie to zdanie obrazuje tam podejście lekarzy do dzieci....

Tuśka - 2011-08-20, 14:50

I ten dziwny ton:
Jedziemy na tomografię. Wjeżdżamy do sali z aparaturą, jedna z pielęgniarek coś mówi o przytrzymaniu dziecka a na to druga tym tonem z nutą pogardy czy nie wiem jak to nazwać:
"Coo ty, my go nie będziemy trzymać. My mu damy leki."
Aż się prosi powiedzieć:
"jak pani się zestarzeje, też pani dadzą leki, żeby się pani nie ruszała."
Brr, okropne miejsce.

kabatka - 2011-08-20, 14:57

Ja takiego niestety takiego zachowania (znieczulenie dla komfortu lekarza, nie pacjenta) doświadczyłam w CZD z Kubulą. Na Działdowskiej miał dziesiąt razy echo i nikomu do głowy nie przyszło robić echo w premedykacji. A w CZD od razu na wejściu: echo w premedykacji,. Nikt nawet nie zapytał się mnie, czy dziecko da się zbadać. A jak już pojechaliśmy wreszcie na normalne echo, to badająca dr nawet nie zwróciła się do mnie, że coś jej przeszkadza, że czegoś nie może zbadać, bo Kuba się rusza. Badanie trwało 3 min, po czym jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam od innego lekarza, że niestety dziecko nie dało się zbadać, potrzebne jest echo w premedykacji. A ja się po prostu bawiłam z Kubą, zagadywałam go, więc się ruszał, ale ta nawet mi uwagi nie zwróciła, że to jej przeszkadza w badaniu.

Dr. Mądremu na Działdowskiej to nie przeszkadzało :spoko:

Tuśka współczuję takiego traktowania - wymiękam przy takich kontaktach ;/

Tuśka - 2011-08-20, 15:04

Takie historie to mi przypominają czasy elektrowstrząsów w szpitalach psychiatrycznych.
Boję się takich miejsc.
Na pewno już tam żadnych badań długo nie zrobimy.
Ja się nie chciałam zgodzić na znieczulenie, ale oni mi odmówili badania bez niego.
Lekarz stwierdził, że szkoda dziecku fundować promieniowania bez gwarancji, że badanie zrobią.
Po 5 godzinach w szpitalu to on by sobie faktycznie zrobić nie dał, ale od razu po naszym przyjściu to myślę, że tak.

vagabunda8 - 2011-08-21, 21:10

Monika, bo Mądry jest super, prawdziwy lekarz, ataakich ze świecą szukać.

Tusiu, wracamy do średniowiecza, a za inne zdanie, niż jedynie słuszne, będziemy palone na stosie :lol:

grażyna - 2011-12-09, 11:47

Wrrrrr, powarczę sobie trochę to może mi ulży. Drugi dzień próbuję się dodzwonić do rejestracji poradni neurologicznej. I drugi dzień nic z tego. Po co w ogóle podaje sie te numery telefonów skoro i tak dodzwonienie się na nie graniczy z cudem. Wisze na słuchawce i wybijam na zmianę i ciągle nic. Najlepszy motyw to ten, że jak się w końcu dodzwonię to wyjdzie, że już w tym roku nie rejestrują :] , bo i tak może być.
Dlaczego tak sie lekceważy dzwoniące telefony w rejestracjach :evil: . Za każdym razem jak mam wykonać gdzieś taki telefon to trafia mnie ... .

Do dermatologa poszłam osobiście i się okazało, że muszę przyjść pierwszego danego miesiąca i to od rana. Ja byłam piątego, miejsc na styczeń już dawno nie było. Tak, że z wizytami na przyszły rok to stoję w miejscu :mur: .

grażyna - 2011-12-09, 12:55

Nie mogę już edytować, ale tylko Wam powiem, że w tej chwili dzwonię już na szósty z koleji numer, które podają mi panie przez telefon, bo te dwa wczorajsze jak się okazało to do "innej rejestracji" :evil: .
baronek - 2011-12-09, 12:59

Oj tak, są takie rejestracje, do których dodzwonienie się graniczy z cudem :tak: Powodzenia, Grażynko!
mona31 - 2011-12-09, 17:43

Ja dzisiaj też dzwoniłam do neurologa powiedziałam w jakim stanie jest mały i jakie ma schorzenia i pani w rejestracji była tak "miła" ,że nas zarejestrowała na najbliższy termin, który uwaga jest 20 stycznia :shock: :spoko: i bądż tu zdrowy nóż mi się w kieszeni otwiera
Marta Witecka - 2011-12-09, 18:34

Mój mąż zapisał zespołowych chłopaków do okulisty tydzień temu i dostaliśmy termin uwaga na 27 maja!!! :wow: No nic po prostu czekamy.... :lol:
Wojtala - 2011-12-09, 18:42

Marta - moją mamę do okulisty zapisano na luty 2013 :tak:
grażyna - 2011-12-09, 20:12

Anety do okulisty to już od października nie mogę zarejestrować, bo już nie ma ma miejsc, a na przyszły rok nie rejestrują. Tak samo w jej przychodni stomatologicznej-mam dzwonić w styczniu.
Do poradni neurologicznej się nie dodzwoniłam, córka pójdzie w poniedziałek.

Przecież nie będę chodziła wszędzie prywatnie :-x .

Światełko w tunelu- do kardiolog czekamy 2tyg na wizytę. Tylko najpierw musimy się wdzwonić w tym czasie jak pani doktor zostawia w rejestracji daty, w których będzie przyjmować ;-) .

grażyna - 2011-12-16, 21:37

Kończąc mój poprzedni post- wizytę u neurologa mamy w połowie lipca przyszłego roku.
grażyna - 2012-02-06, 21:21

Trzeci mój post pod rząd. Czyżbym była taką malkontenką, że wiecznie niezadowolona :roll: .

W styczniu zrobiłam Anecie z własnej inicjatywy TSH. Wizytę wyznaczyli jej za rok(w czerwcu). Pomyślałam, że warto sprawdzić. Chyba jakieś natchnienie, bo TSH wyszło 8,9. Rodzinny nie chciał za bardzo ingerować, kazał skontaktować się z endokrynologiem, zasugerował zwiększyć odrobinę dawkę. Zwiększyłam z przemiennego 162/175 na codziennie 175. Telefonicznie się nie dało porozmawiać. Dziś podjechałam do gabinetu pokazać te wyniki osobiście. Rozmowa:
-Pani doktor chciałbym pokazać wyniki córki.
-Ale ja mam dziś dzień cukrzycowy, kto panią na dziś zarejestrował?
-Nikt, ale wyniki TSH córki wynoszą prawie 9. Chciałam je z panią skonsultować.
-I co ja mam z tym zrobić?
-Pani doktor, proszę o jaką zmianę dawkowania...
-U kogo córka się leczy?
-U pani właśnie.
-Ale ja nie rozumiem co mam zrobić w tej chwili. Proszę iść do rejestracji i umówić wizytę.
-Córka ma wizytę, ale za pół roku.
-Może u kogoś innego będą wcześniejsze terminy.
-Pani doktor, ale nie ma terminów. Córka bierze już bardzo duże dawki euthyroxu, po 175.
-To ich nie bierze!
-Jak to nie bierze? Takie dawki dostaje.
-Mówię pani, że nie bierze! 175 to bardzo dużo, gdyby takie brała nie byłoby takiego wyniku.
Trzaśnięcie drzwi przed nosem.

ewelin27 - 2012-02-06, 21:25

Grażyna ale miałaś rozmowę z tą lekarką ;/ ech co za lekarze są ;/
kropeczka - 2012-02-06, 21:25

No to się dowiedziałaś Grażynko :wow:
aniak - 2012-02-06, 21:29

A ona, znaczy ta lekarka, ma jakiegoś przełożonego ???
vagabunda8 - 2012-02-06, 21:30

No właśnie, a co na to kierownik przychodni?
manda7 - 2012-02-06, 21:36

Teraz to już nawet nie kierownik przychodni ale Rzecznik Praw Pacjenta nawet.Po tych ostatnich "zawirowaniach" są przewrażliwieni na potrzeby pacjentów.
grażyna - 2012-02-06, 21:44

Poczułam się pod tymi drzwiami, jak nie napisze co. Myślę o napisaniu skargi, bo lekceważenie takich wyników i pacjenta przez lekarza wydaję mi się nie być czymś normalnym. A może jest? Córka mówi, żebym sobie darowała skargi, bo i tak nikogo to nie zainteresuje :-( .
Wiecie, poszłam umówić wizytę w prywatnej przychodni i ta sama pani doktor mogłaby mnie przyjąć już w środę(za 100zł). Jednak wybrałam inną.

manda7 - 2012-02-06, 21:48

Z jednej strony rację ma Twoja córka ale z drugiej w tym tkwi problem, zero reakcji tworzy takie sytuacje.To przykre niestety że tak się dzieje.Zwłaszcza że u Anetki to nie byle katar.
baronek - 2012-02-06, 21:50

A ja myślę, że warto pisać skargę. Nieemocjonalną, ale rzeczową, konkretną, popartą faktami. Do przełożonego tej lekarki i do wiadomości Rzecznika Praw Pacjenta. Grażynka, przecież to brak profesjonalizmu! Nie mówiąc o ludzkich odruchach.
bebe - 2012-02-06, 21:55

Grażyna trzeba było iść do tej paskudy i na koniec zażądać paragonu.
grażyna - 2012-02-06, 22:15

Nie chcę mieć z tą kobietą do czynienia. Zamówiłam ksero dokumentacji i szukam innej przychodni, albo w ogóle zostanę przy prywatnej. Chcę aby Anetę leczył ktoś rzeczowy, miły i empatyczny. Jeśli już mam płacić po 100 za wizytę to takiemu komuś.

Wierzę jednak w lekarzy. Zawsze będę wychwalać dziecięcą kardiolog Anety, która dała nam swoje prywatne numery telefonu i kazała dzwonić nawet w wigilię, żeby powiedzieć jak się Aneta czuję. Albo potrafiła sama zadzwonić, jak się kiedyś za długo nie odzywałam. Albo kazała mi przyjść na konsultację do prywatnej kliniki, prosto do gabinetu, omijając recepcję. Zrobiła jej wszystkie badania, łącznie z echo gratis. Albo jak dała Anecie prezencik na wyjście ze szpitala. Tacy lekarze też są i dlatego będę szukała innej przychodni, gdzie znajdę kogoś ludzkiego.

Grażyna O. - 2012-02-06, 22:22

Grażyna, ja pisałam kiedyś skargę na lekarza (i poliklinikę stomatologiczną w B-B) który odmówił lapisowania zębów Tomkowi (bo podobno się wyrywa i fotel się mu brudzi) do NFZ . Muszą zareagować, Twoje pismo idzie następnie do przychodni (lekarza) i muszą wyjaśnić sprawę. Ty dostajesz kopię wyjaśnienia lekarza jakie pisał do NFZ i decyzję NFZ.
groszek - 2012-02-07, 09:12

Grażynko to właśnie takie smutne ja też bym z takim lekarzem nie chciała mieć nic do czynienia. Skargę merytoryczna można napisać to sygnał, że życie pacjenta jest zagrożone i zlekceważone.
Podobnie poczułam się po poronieniu jak nikt nie chciał mnie przyjąć w szpitalu, bo nie ma miejsc. Lekarka dyżurna nawet nie zaszła... Wtedy powinnam wziąć na piśmie , że to nie zagraża memu zdrowiu....jak by miała coś podpisać to by się zastanowiła...
Może to coś nie tak z nami babami...miałyście takie historie z mężczyznami lekarzami?

kacha_wawa - 2012-02-07, 16:08

Grażyna powiem Ci szczerze, że nie darowałabym lekarce. Bo jeśli sprawa dotyczyłaby czyjegoś życia? Trzasnąć drzwiami przed nosem, albo olać kogoś to ona może sobie np. w domu, ale nie ma prawa postąpić tak z pacjentem. Biorąc pod uwagę fakt, że i tak zmieniasz przychodnię to nic nie ryzykujesz ;-)

Groszku, ja miałam historię ze słynnym doktorem R. po wizycie u którego, gdyby nie bratowa to nie wiem czy z mostu Poniatowskiego się nie rzuciła. I nie ze względu na diagnozę, a ze względu na sposób jej przekazania i późniejsze zachowanie, które polegało na totalnym stłamszeniu mojej osoby.

Artur21 - 2012-02-07, 16:28

groszek napisał/a:
Może to coś nie tak z nami babami...miałyście takie historie z mężczyznami lekarzami?


Słowa godne zastanowienia, coś w tym jest :-D

Żeby nie było tak szowinistycznie to na mężczyzn lekarzy także coś by się znalazło.
Na Litewskiej na oddziale laryngologicznym jest taki zwyczaj, że obchód pan profesor robi otoczony wianuszkiem lekarek ale pacjentom się każe wyjść z pokoju- omawiają poszczególne przypadki przy pustych łóżkach :wow:
Mieliśmy już wypis w kieszeni, jeszcze dawałem pić Frankowi a w tym czasie zjawiła się ekipa "obchodząca" i kazali mi wyjść z sali. Ja oczywiście, że nigdzie się nie ruszam bo dziecko teraz pije. Można iść do innej sali w tym czasie, my skończymy, ubierzemy się w dwie minuty i niech sobie obchodzą. Nie myślcie sobie- powiedziałem to w grzeczny sposób :-D
Pan profesor się najwyraźniej jednak mocno zdenerwował, energicznie wpadł do sali i kazał mi natychmiast się wynosić bo on nie ma czasu a jeżeli nie to wezwie ochronę...
Przestało być miło.
Obiecałem, że tych dziadków ochroniarzy razem z panem profesorem zawiążę w supełek i wystawię przed oddział. Zapytałem pana profesora o nazwisko żebym mógł w tej sprawie porozmawiać z dyrektorem szpitala bo jestem z nim przy okazji umówiony za tydzień.
Skończyło się tym, że oczywiście nie wyszedłem, baaardzooo pooowooooli się ubraliśmy, spraaaawdziliśmy czy przyyyypadkiem wszyyyystko zabraaaaliśmy a pan profesor stał pod salą i czekał, czekał i sapał a lekarki chichotały pod nosem. :roll:
Wychodząc posłałem panu profesorowi buziaka :-D

bebe - 2012-02-07, 16:58

Chamstwo trzeba niszczyć z wdziękiem i kulturom osobistom wężykiem wężykiem panie Arturze :brawo: :brawo:
anna30 - 2012-02-25, 22:57

Wczoraj wylądowałam u lekarza internisty z moim gardłem. Pani doktor zbadała mnie, oglądneła gardełko, po czym powiedziała, że mam paskudną ropną anginę (też mi wiadomość), że na gorączkę to na pewno Ibupromu brać nie mogę, mogę Paracetamol, ale Ona pewności nie ma :wow: Że na to gardło to antybiotyk powinien być, ale Ona nie wypisze, bo nie wie jaki :wow: Bo przecież w ciaży jestem, a antybiotyk przez łożysko przechodzi :wow: ... Ja Jej, że w 24-tym tygodniu, ale Ona dalej, że Ona decyzji nie podejmie, że może mi tylko płukankę woda/sól lub płukankę z szałwi zalecić, ale resztę to ma ginekolog zadecydować. To Ja Jej, że mój ginekolog do końca miesiąca na sympozjum w Stanach jest, a "zastępczy" lekarz we Wrocławiu w klinice. Nie będę przecież z gorączką ponad 38stopni do Wrocławia jechać, Ona oczywiście do Niego nie zadzwoni, bo muszę się osobiście stawić u gina...
Matko kochana, mało z krzesła nie spadłam. Teściowa zadzwoniła do znajomego ginekologa, przyjął mnie (oczywiście prywatnie ;/ ), popatrzył w to gardło, kuknął w kartę ciąży, ogladnął ostatnie wyniki badań (na szczęście dość aktualne), ostatnie usg i wypisał Augmentin.
Do poczynań Pani doktor odniósł się tylko tyle, że antybiotyk szkodzi dziecku w pierwszym trymestrze, że jest też niebezpieczny w okresie okołoporodowym, a w 24tym. tyg więcej szkody zrobi dziecku moja infekcja z niż antybiotyk (który nie przechodzi przez łożysko)...
Tylko się nalatałam niepotrzebnie. I zezłościłam.

julkakulka - 2012-02-25, 23:39

augumentin fajny lek mnie postawił na nogi w 7 klasie i od tamtego razu kolejną wizytę u lekarza miałam jak zaciążyłam

tylko mi było parę skutków ubocznych ale dało rade się przetrzymać

grażyna - 2012-08-27, 17:34

Już dawno Aneta nie była pacjentką szpitala, więc trochę zamurowało mnie wyżywienie. Może spotęgował to jeszcze świeży w pamięci widok zaździerzowego szwedzkiego stołu ;-) . Może niedawno przeczytany artykuł o jadłospisie w więzieniu. Nie wiem, ale to co przynoszono Anecie nieodmiennie wywoływało u mnie efekt okrągłych oczu. Obiadu w piątek już nie dostała, bo przyjęta na oddział 15 minut przed roznoszeniem posiłków czyli nie należy się. Kolacja: pani się pyta dwie czy trzy kromki chleba? Do tego trzy minimalne trzy plasterki sera i gorzka, czarna kawa. Śniadanie ratuje zupa mleczna, do niej cieniutka parówka i tym razem kawa do wyboru: gorzka albo słodka. Na obiad talerz zupy i kromka chleba, drugiego brak :wow: . Zapomnijcie co to takiego kompot. Kolacja chleb i trzy centymetrowy kawałek pasztetówki plus gorzka kawa. W niedzielę obiad z dwóch dań, choć zupa to mętny ryż na czymś co według kucharki jest rosołem ;/
Dla mnie to koszmar, co jedzą ludzie których nikt nie odwiedza? Przecież jest sezon, ten plasterek ogórka czy pomidora nie zmieści się już w budżecie?
Oglądałam niedawno fotki dań w więzieniach, ful wypas. Wniosek mam jeden: jak się leczyć to tylko w więzieniu.

Irenka - 2012-08-28, 11:56

No niestety taka jest rzeczywistość w polskich szpitalach.
Pewnie wychodzą z założenia, że chorzy mało jedzą ;/

magda - 2012-08-28, 12:00

To chyba jednak zależy od szpitala. Ja leżałam w szpitalu w czerwcu i jedzenie miałam bardzo dobre i całkiem spore porcje. Na śniadania była i zupa mleczna, i chleb, i bułki, i dżem i wędlina , pomidor, i zawsze coś na ciepło: jajecznica, jajko na twardo albo kiełbaska. Obiad zawsze dwudaniowy. Zupa miała smak zupy, surówki i mięso albo ryba. kolacja tak samo dobra. Do tego, do wyboru, herbata, kawa albo kakao a cukier stał na korytarzu dla chętnych.
ewelkaa - 2012-08-28, 12:43

Magda byłaś w jakiejś prywatnej klinice? ;-)

W maju leżałam z Cypkiem w szpitalu i byłam załamana posiłkami serwowanymi dla dzieci.. no bo co jak co ale na takim oddziale mogliby się jakoś bardziej postarać...

julkakulka - 2012-08-28, 12:53

u mnie standard to mleczna zupa na śniadanie + 3 kromki białej bułki +2 plastry wędliny+ masełko tyle co na paznokieć

obiad to zupa z wyglądu ale w w smaku wam nie powiem bo ma zapach mopa do podlogi, 2 danie to ziemniaki tłuczone wraz z obierkami. mięsko nawet dobre i jakaś tam sałatka- też da się radę zjeść jak doda się soli to nawet smaczne

kolacja to 5 kromeczek bułki masełka trochę i jajko , plasterek wędliny ,lub parówka -na zmianę


rano jest kawa zbożowa lub herbata

w obiad jest kompot lub herbata na zmianę

kolacja to herbata

kabatka - 2013-11-15, 15:13

Przerażająca historia...

:arrow: 116 dni na Banacha cz. I
:arrow: 116 dni na Banacha cz. II
:arrow: 116 dni na Banacha cz. III

Aśka - 2013-11-15, 15:32

:wow: O matko, co ta kobieta przeszła!
grażyna - 2014-01-08, 12:18

Miewam ostatnio problemy z rejestracją telefoniczną. Zazwyczaj skierowanie wymagane było zawsze na wizycie. Teraz już podczas rejestracji telefonicznej?!
Pomijam fakt, ze rejestracja telefoniczna uczy nas pokory i cierpliwości :cool2:
Raz wykłócałam się z panią, bo podczas ustalania terminu nie miałam skierowania. Nie widziałam takiej potrzeby a pani i owszem. Nie chciała mi dać terminu, bo takie są procedury że muszę je mieć w momencie rejestracji (telefonicznej?). W końcu skłamałam że mam w ręku, a na jej wątpliwości, że przed chwilą nie miałam zapytałam bezczelnie: A co nie widzi go pani przez telefon??!.
Dziś rejestrowałam się do poradni rehabilitacyjnej i pomimo terminu na luty, mam do końca przyszłego tygodnia dostarczyć im osobiście skierowanie :wow: . Inaczej wykreślą Anetę z listy. Żadne tłumaczenia, że to 50 km nie pomogły, "może jakiś sąsiad, znajomy będzie jechał".
Chyba im wyślę za potwierdzeniem odbioru, bo co zrobię.

Czy to jakiś nowy trend, czy po prostu na takie przychodnie dziwne trafiłam?

ewelkaa - 2014-01-08, 12:26

Grazyna ja pamietam, ze jakies dobre 2 lata temu podczas rejestracji nawet telefonicznej musialam miec skierowanie do danego specjalisty. I cos mi sie kojarzy, ze nawet jakis numer ze skierowania podawalam.
grażyna - 2014-01-08, 12:36

Musiałam podać dane przychodni wystawiającej.
Ale te osobiste dowiezienie skierowania, jeszcze w załączeniu dowód osobisty na miesiąc przed wizytą to już według mnie przegięcie. Tyle km zasuwać żeby kwitek dostarczyć? A gdyby to nie było 50km, ale 100 czy 200?

kulka - 2014-01-08, 12:38

Może przefaksuj. Ja, będąc z Wikolem w szpitalu, zapodziałam ostatni wynik TSH i lekarz kazał mężowi wynik przefaksować do szpitala (z zaznaczeniem dla kogo i na jaki oddział).
Anielka - 2014-01-08, 12:53

My na każdą chemię lub kontrolę (wychodzimy przecież na kilka dni do tygodnia) za każdym razem musimy się rejestrować do onkologa w "okienku", z wypisem lub skierowaniem w ręku. Drugie skierowanie mam na zrobienie badań krwi. Kiedy są już wyniki badań krwi onkolog nas obejrzy zakwalifikuje na chemię lub na transfuzję, daje nam kolejne skierowanie na oddział. Na oddział możemy przyjąć się tylko przez izbę przyjęć (czekamy tam nawet 2h , na szczęście w izolatce).
Przywykłam...

vagabunda8 - 2014-01-08, 13:09

grażyna napisał/a:
Musiałam podać dane przychodni wystawiającej.
Ale te osobiste dowiezienie skierowania, jeszcze w załączeniu dowód osobisty na miesiąc przed wizytą to już według mnie przegięcie. Tyle km zasuwać żeby kwitek dostarczyć? A gdyby to nie było 50km, ale 100 czy 200?


Wiesz co Grażyna, mnie się zdaje, że to celowe utrudnienie może wynikać z tego, że są ludzie, którzy zapisują się do kilku poradni i czekają gdzie będą szybciej przyjęci. Moja znajoma tak robi od lat, jak chce się dostać z dzieckiem do laryngologa. Zapisuje się do trzech poradni i idzie tam gdzie dostanie się szybciej. Nie będę oceniać takiego postępowania, ale sama możesz sobie w domyśle wyobrazić jaki z tego powodu jest bałagan i jakie są kolejki oczekujących.

Alicja - 2014-01-08, 13:17

vagabunda8 napisał/a:

Wiesz co Grażyna, mnie się zdaje, że to celowe utrudnienie może wynikać z tego, że są ludzie, którzy zapisują się do kilku poradni i czekają gdzie będą szybciej przyjęci.


Otóż to :tak:
U nas w momencie rejestracji do specjalisty, bez skierowania ani rusz

grażyna - 2014-01-08, 13:25

Czyli po prostu to norma, a ja miałam do tej pory szczęście, że nikt ode mnie tego nie wymagał przez telefon? I mam się jednak cieszyć, że to tylko 50km a nie 100 ;-)
To może nich w ogóle zlikwidują rejestracje telefoniczną?
Po co rejestrować się przez telefon jak w ciągu tygodnia i tak muszę jechać i marnować cały dzień żeby dostarczyć skierowanie?

Zadzwonię do nich i jeszcze dopytam się o ten faks.

julkakulka - 2014-01-08, 13:30

to norma choć nie zawsze przestrzegana

kiedys było trzeba mieć skierowanie, nawet jak wizyta była wyznaczona na za dwa lata a skierowania wtedy miały ważność maks 3 mce ;/

mimi3 - 2014-01-08, 15:31

Grażynko tak jak dziewczyny piszą, na rehabilitacje są długie terminy i w razie gdy ktoś wypadnie to taka poradnia tez powinna brać pierwszego z kolejki a nie tego się akurat nawinie. U nas rejestrując na rehabilitacje w wielu poradniach się od razu zostawia skierowanie,żeby nie iść gdzieś indziej. Bo często jest tak że ktoś nawet nie poinformuje że znalazł szybszy termin i nikt nie może z takiego miejsca skorzystać.
A co do tego co napisała Basia, należy szukać gdzie nas szybciej przyjmą ale, żeby rezerwować kilka wizyt to już chamstwo moim zdaniem :-x

grażyna - 2014-01-08, 16:48

Wszystko to brzmi ok i logicznie, pod jednym warunkiem: że mieszkasz w mieście gdzie jest poradnia. Dla nas maluczkich z prowincji to chore. Jechać specjalnie po to, że by zawieźć skierowanie.
kabatka - 2014-01-08, 16:51

Wg mnie rejestracja powinna mieć chyba jakiś kontakt netowy ze światem w takim razie przy takich wymogach i powinno się respektować przesłanie zdjęcia, skanu, faksu (do wyboru) skierowania (sic!).
grażyna - 2014-01-08, 16:56

Zwłaszcza, że kiedy otwierano poradnię reklamowano ją jako jedną z najnowocześniejszych w kraju :okular: .

Proponowałam, że wyślę to skierowanie pocztą. Pan w rejestracji jednak obstawał za dostarczeniem osobistym do okienka. Zadzwonię jeszcze raz, może trafię na inną osobę ;-)

vagabunda8 - 2014-01-08, 16:58

grażyna napisał/a:
Zwłaszcza, że kiedy otwierano poradnię reklamowano ją jako jedną z najnowocześniejszych w kraju :okular: .

Proponowałam, że wyślę to skierowanie pocztą. Pan w rejestracji jednak obstawał za dostarczeniem osobistym do okienka. Zadzwonię jeszcze raz, może trafię na inną osobę ;-)


Może uda Ci się zadzwonić do kierownika poradni? W końcu są niepełnosprawni, dla których jakakolwiek podróż jest wyzwaniem. Na umówione spotkanie przyjadą, ale dokładać im jeszcze jeden dodatkowy, bezproduktywny kurs? To jednak bzdura.

magda - 2014-01-08, 18:58

Dobra, mam informację z pierwszej ręki. Mój mąż pracuje w poradni rehabilitacyjnej. U nich w ogóle nie można rejestrować się telefonicznie. Dlaczego? Bo w momencie rejestracji są zobowiązani wprowadzić skierowanie do systemu NFZ.
Ponadto skierowanie do poradni to nie jest jeszcze skierowanie do rehabilitanta. To dopiero skierowanie do lekarza rehabilitacji. On dopiero zleca zabiegi. U mojego męża aktualnie rejestrują - UWAGA - na październik :wow:

Wojtala - 2014-01-08, 19:10

Ja za miesiąc mam rehabilitację - na którą czekam ... tadam ... od czerwca 2013 roku :-D .
BABCIA - 2014-01-08, 19:19

Zarejestrowałam się do lekarza rehabilitacji w maju 2013.
Wizyta była w listopadzie 2013
Rehabilitację rozpoczynam w maju 2014
Mam nadzieję, że jeszcze będzie co rehabilitować :okular:

grażyna - 2014-01-08, 19:34

To co jak co, ale termin to ja mam błyskawiczny- zarejestrowałam się dziś na drugą połowę lutego ;-) .

Zdanie nie zmieniam. Uważam taką procedurę za durną i przynoszącą pacjentom niepotrzebnych kosztów i problemów. Tak jak wcześniej pisałam- nie jest to dużą sprawą jeśli mieszkamy w tym samym mieście. Zawożenie skierowania czy jechanie kilkudziesięciu km tylko po to, aby się zapisać na wizytę? Boszzz. Pracujemy przez internet i telefon, przelewy i transakcje bankowe robimy prze internet. Konferencje na szczeblu międzynarodowym- przez internet. Ale zarejestrować się do lekarza musimy osobiście??!

linka_ns - 2014-01-08, 22:10

Takie są wymogi NFZ.
Jeśli się skłamie,że się ma skierowanie to potem trzeba mieć skierowanie z datą rejestracji telefonicznej. Mój brat musiał wracać do lekarza POZ poprawią datę.

grażyna - 2014-01-08, 22:29

Skierowanie przecież mam.
Denerwuje mnie tylko wymóg osobistego dostarczenia go do okienka jeszcze przed wizytą.

Takie idiotyzmy biurokratyczne ciśnienie mi podnoszą, co jest niewskazane bo jeszcze nie daj losie sama będę musiała skorzystać z pomocy naszej służby zdrowia ;-) .
Z kolejek do specjalisty "najszybszy" u nas jest okulista: rejestracja listopad 2013 a wizyta wrzesień 2014.

klooocuszek - 2014-01-08, 22:36

Grażynko, odnośnie rejestracji telefonicznej... To tak jak u nas z rejestrowaniem do lekarza rodzinnego. Często gdy WRESZCIE się dodzwonię, to już nie ma numerków :evil: Więc teraz jak mi Kuba choruje, to jadę o 7 rano przez pół miasta żeby go zarejestrować, no i jak pojechałam tak sobie pierwszy raz, to zobaczyłam, że panie siedzą w rejestracji, a ten telefon im dzwoni w ich kanciapce! :-x Więc mi ręce opadły, po co w ogóle prowadzić rejestrację telefoniczną, skoro tego telefonu się nie odbiera? Robią tylko złudne nadzieje pacjentowi ;/
kulka - 2014-01-08, 22:39

A ja dziś zadzwoniłam do poradni genetycznej i wizytę mam jutro :shock:
Ha! Cud! :-D

grażyna - 2014-01-08, 22:49

kulka :wow: . Ktoś pewnie skierowania osobiście nie przyniósł :okular:


klooocuszek, znam to dobrze. Czasami kilka dni minie zanim dodzwonię się do jakiejś poradni. Najczęściej żeby usłyszeć że nie ma już miejsc w tym roku.

Tak mi zależało na wizycie u endokrynologa(tam nigdy nie odbierają telefonu), że postawiłam jechać osobiście 10 grudnia 50 km, kiedy to miała się rozpocząć rejestracja na nowy rok. W ten dzień zaskoczyła nas zima, samochodem nie szło się przebić, poprosiłam koleżankę z tego miasta o przysługę. Wybrała się do rejestracji i usłyszała, że ma przyjść za tydzień. Zgrozo, jakbym jednak się wybrała w taką eskapadę tylko po to aby usłyszeć: proszę przyjść za tydzień... ;/ .

julkakulka - 2014-01-08, 23:43

ja dzwoniłam dzisiaj do lekarza na 2 wizyte się umówić, na pierwszą czekałam 2 tygodnie . kolejna wizyta w marcu ...przyszłego roku. albo prywatnie ;/
linka_ns - 2014-01-09, 22:04

grażyna napisał/a:
Skierowanie przecież mam.
Denerwuje mnie tylko wymóg osobistego dostarczenia go do okienka jeszcze przed wizytą.


To jest już wymóg/złośliwość rejestratorki.
NFZ chcę mieć w systemie dane pacjenta, nie skierowanie.
:-(

mimi3 - 2014-01-09, 22:58

Ale,odnośnie tego co napisała Magda,nie zawsze trzeba wpierw iść do lekarza rehabilitacji. Ortopedzi dają skierowania bezpośrednio na rehabilitację, tak samo reumatolog.
A wracając do terminów,w jednej z poznańskich por.rehab na wizytę do lekarza reh. w grudniu termin tylko na maj był. Ale teraz to też już pewnie na październik :okular:

Grażynko dzwoń i proś o rozmowę z kierownikiem :spoko:

Iga - 2014-01-11, 13:18

linka_ns napisał/a:
grażyna napisał/a:
Skierowanie przecież mam.
Denerwuje mnie tylko wymóg osobistego dostarczenia go do okienka jeszcze przed wizytą.


To jest już wymóg/złośliwość rejestratorki.
NFZ chcę mieć w systemie dane pacjenta, nie skierowanie.
:-(


Wlasnie, wystarczy podac potrzebne informacje ze skierowania przez telefon. W Kajetanach przy rejstracji internetowej wpisuje sie wszystkie dane samemu .... nikt nie widzi ani mnie, ani skierowania.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group