To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Zakątek 21
Forum rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa. Porady, wsparcie, wymiana poglądów... Zespół Downa to nie koniec świata. Zajrzyj do nas - zobaczysz, że świat ma wesołe pomarańczowe barwy, a zupełnie blisko są ludzie gotowi Cię wesprzeć.

Zakątek medyczny - Pacjentem być (jak najrzadziej)

kabatka - 2007-01-02, 14:16
Temat postu: Pacjentem być (jak najrzadziej)
Czwartek najgorszym dniem na pójście do szpitala
PAP

Pacjenci przyjęci do szpitala w czwartki pozostają w szpitalu najdłużej, w porównaniu z chorymi trafiającymi tam w inne dni - obliczyli eksperci brytyjscy.

Spędzają oni w szpitalu przeciętnie jeden dzień dłużej niż chorzy przyjęci w niedzielę - oznajmili eksperci pracujący dla Institute for Public Policy Research (IPPR). Raport ten sporządzili w oparciu o dane brytyjskiej narodowej służby zdrowia (NHS) z pięciu lat.

"Nie wynika to bynajmniej z potrzeb medycznych. Wiele szpitali w weekendy zatrudnia mniejszą liczbę personelu, co powoduje opóźnienia w leczeniu i wypisywaniu chorych" - wyjaśnił z-ca dyrektora IPPR, Richard Brooks.

Dodatkowy czas spędzony w szpitalu oznacza większe koszty, blokowanie łóżek, a także zwiększa ryzyko szpitalnych zakażeń - dodał ekspert.

Pacjenci, którzy w ubiegłym roku zostali przyjęci do szpitali w niedzielę, przebywali tam średnio 5,3 dnia, natomiast "czwartkowi" leżeli w szpitalu 6,3 dnia - obliczyli eksperci IPPR. Piątek też nie jest dobry na rozpoczęcie hospitalizacji; osoby trafiające tego dnia do szpitala pozostają w nim przeciętnie 6,1 dnia.

Autorzy badania wezwali NHS do zmiany "struktur i procedur", aby do minimum skrócić konieczny pobyt pacjenta w szpitalu.

W wyliczeniach nie uwzględniono przyjęć nagłych przypadków, a także hospitalizacji dłuższej niż dwa tygodnie lub krótszej niż dwa dni.

:arrow: źródełko

Alicja - 2007-01-23, 10:21

Polskie szpitale niebezpieczniejsze niż drogi

"Rzeczpospolita": dziesięć tysięcy Polaków rocznie umiera z powodu zakażeń szpitalnych. Medycyna przegrywa z zarazkami na własnym podwórku. Gazeta podkreśla: tych zgonów można by uniknąć dbając o higienę.

Zakażenia szpitalne pochłaniają rocznie prawie dwa razy więcej ofiar, niż wypadki samochodowe, trzy razy więcej, niż zabija rak piersi. Mikroby grasujące w szpitalach są jedną z najczęstszych przyczyn śmierci w Polsce.

"Większości z tych zgonów lekarze nie są niestety w stanie zapobiec" - mówi dr Jadwiga Wójkowska-Mach z Instytutu Mikrobiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Około 70 proc. ofiar zakażeń szpitalnych stanowią pacjenci, którzy od dnia przyjęcia do szpitala bardzo źle rokują" - dodaje. A co z pozostałymi 30 proc., czyli co najmniej trzema tysiącami ludzi? "Podstawowym źródłem zakażeń szpitalnych są dziś mikroorganizmy przenoszone na rękach personelu medycznego" - mówi kierownik Katedry Mikrobiologii UJ prof. Piotr Heczko.

Mechanizm zakażenia jest bardzo prosty - czytamy w dzienniku. Jeżeli na oddziale intensywnej terapii jest za mało pielęgniarek, wtedy mają one za dużo pracy i brak im czasu na dezynfekcję rąk, kiedy przechodzą od jednego pacjenta do drugiego. Na oddziale intensywnej terapii od szybkości reakcji pielęgniarki zależy życie pacjentów. Pielęgniarki zmuszone wybierać pomiędzy szybkością reakcji a higieną wybierają szybkość i mimo woli przenoszą mikroby pomiędzy pacjentami.

"Jeżeli szpital chce poczynić oszczędności, najczęściej decyduje się na redukcję średniego personelu medycznego" - mówi prof. Heczko. "Notorycznie niedofinansowane są sale intensywnej terapii. A badania naukowe jednoznacznie wykazują, że liczba zakażeń szpitalnych jest odwrotnie proporcjonalna do liczby zatrudnionych pielęgniarek. Żeby ograniczyć liczbę zakażeń, trzeba więc zatrudniać więcej pielęgniarek albo kupić lepszy sprzęt, który w pewnym stopniu jest w stanie zastąpić pracę człowieka" - podkreśla rozmówca "Rzeczpospolitej".

czytaj dalej----->

Kalinka - 2007-02-02, 22:30

Wrocław: rodzice protestują w obronie szpitala

Dyrektor Akademickiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu od 11.00 rozmawia z ministrem zdrowia o przyszłości placówki. Wczoraj ponad 8 milionów zł placówki trafiło na konto komornicze. Może to oznaczać koniec największego w regionie szpitala. Tymczasem odbywa się protest rodziców w obronie szpitala.

Dyrektor Pobrotyn przed spotkaniem powiedział, że dług jego szpitala, to zadłużenie jeszcze poprzednich ekip rządzących, które nie zostało rozwiązane. Piotr Pobrotyn podkreślił, że organem założycielskim jego szpitala do 2001. roku był minister zdrowia, dlatego też w spłacie długu w wysokości 130 milionów złotych powinien partycypować budżet państwa.

Dyrektor Pobrotyn powiedzial, że przyjechal do Warszawy, aby przedstawić, jak wygląda realna sytuacja jego placówki oraz propozycje pomysłu wyjścia z tej kryzysowej sytuacji. Dodał, że chce zaprezentować ministrowi Relidze program restrukturyzacji szpitala i plany, związane z przeniesieniem centrum klinicznego do nowych budynków. Wczoraj Zbigniew Religa deklarował pomoc, ale pod warunkiem, że dyrektor przedstawi plan uniemożliwiający dalsze zadłużanie się. Minister zdrowia nie wyobraża sobie jednak, by szpital przestał przyjmować chorych.

"Bez względu na kłopoty finansowe onkologia dziecięca, hematologia musi funkcjonować" - powiedział minister zdrowia.

Aby znaleźć miliony na leczenie pacjentów i funkcjonowanie placówki we Wrocławiu minister zdrowia chce przesunąć środki z resortowej puli na inwestycje, a w ostateczności nawet z funduszy przeznaczonych na wysoko specjalistyczne procedury medyczne.

Dziś rano Religa zwołał prawników z ministerstwa, by sprawdzić, czy może wykorzystać te pieniądze.

"Jestem gotów podjąć te trudne decyzje, nawet jeśli one zahaczałaby o manipulację prawną" - przyznał.

"Trzeba się zastanowić, co jest priorytetem. Czy życie ludzkie, czy inwestycje" - tłumaczy minister.

Zbigniew Religa zaznaczył, że szpital musi dostać gotówkę, a nie np. poręczenie kredytu. Placówka potrzebuje bowiem pieniędzy natychmiast, m.in. na leki. Dodajmy, że pieniądze z resortu pomogą na funkcjonowanie szpitala przez 2-3 tygodnie.

Zaznaczył, że kluczowe może być spłacenie tylko kilku - domagających się natychmiast pieniędzy - wierzycieli.

Minister podkreślił, że będzie to rozwiązanie doraźne. Otwarta jest sprawa innych szpitali z kłopotami finansowymi. Te, które spełnią odpowiednie kryteria, mogą liczyć na pożyczki, które usankcjonuje przygotowywana ustawa o zmianie pomocy publicznej i restrukturyzacji publicznych zakładów opieki zdrowotnej.

Resort zdrowia chce, by projektem ustawy rząd zajął się najdalej za dwa tygodnie i żeby szybką ścieżką przeprowadzić go przez parlament. Ustawa z jednej strony ma wymusić restrukturyzację szpitali, będących w najgorszej sytuacji finansowej, a z drugiej zagwarantować, że pomoc będzie skuteczna.

W Sejmie jest już projekt ustawy "o świadczeniach finansowanych ze środków publicznych", który może zwiększyć ilość pieniędzy przeznaczanych na służbę zdrowia.

Prorektor Akademii Medycznej we Wrocławiu zaapelował o pomoc dla dwóch należących do niej szpitali. Placówkom, które mają prawie 300 milionów złotych długów, grozi zamknięcie.

Wczoraj komornik zajął pieniądze, przeznaczone dla tych szpitali przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Prorektor Jerzy Rudnicki powiedział, że szpitale potrzebują natychmiastowej pomocy w wysokości 30 milionów złotych.

W najtrudniejszej sytuacji jest klinika onkologii dziecięcej. Profesor Alicja Chybicka zaapelowała do firm - wierzycieli szpitali, aby odstąpiły od swoich roszczeń. Wezwała też mieszkańców Dolnego Śląska, aby wsparli placówki pieniędzmi.

Rodzice dzieci, leczonych w szpitalach, też zaapelowali o pomoc, w tym o wpłacanie pieniędzy na konto fundacji wspierającej szpitale. Chcą także uruchomić numer SMS-owy, z którego dochód byłby przeznaczony dla szpitali.

Wicedyrektor szpitala Bogusław Beck powiedział, że placówka zwróciła się do komornika o uwolnienie zajętych pieniędzy. Jeśli komornik odmówi, to szpital powiadomi prokuraturę, gdyż dojdzie wtedy do zagrożenia zdrowia i życia pacjentów.

Dyrektor Beck podkreślił, że koszty działania szpitala są większe, niż innych placówek, gdyż zajmuje się on najtrudniejszymi przypadkami, a także prowadzi działalność dydaktyczną.

Szpital utrzymuje się z pieniędzy, wynegocjowanych od monopolisty, jakim jest Narodowy Fundusz Zdrowia, i nie może prowadzić działalności komercyjnej. Wszelkie koszta ponosi natomiast na zasadach rynkowych. Dyrektor podkreślił, że nie zostało to uwzględnione w systemie finansowania szpitala.

Beck dodał, że szpital ma zapasy niektórych leków i artykułów medycznych tylko na kilka dni. Placówka zwróciła się więc o pomoc rzeczową do specjalistycznych firm. Pomoc pieniężna zostałaby bowiem zajęta przez komornika.

Pomoc dla szpitali zadeklarował urząd miasta Wrocławia, jednak jego przedstawicielka zastrzegła, że będzie to niewielka kwota.

W szpitalu leczonych jest prawie 2000 dzieci. Swoją pomoc zadeklarowała już Otylia Jędzrzejczak oraz Andrzej Lepper. Przeciwnym projektom resortu zdrowia jest ministerstwo finansów z Zytą Gilowską na czele - podał TVN 24.
Źródło: :arrow: onet.pl

Aśka - 2007-02-03, 11:27

Demagogia nie zbawi szpitali
03-02-2007
PAP

Jeden ze związków zawodowych złożył w piątek doniesienie do prokuratury, że komornik, zajmując pieniądze wrocławskiego szpitala, naraził życie i zdrowie pacjentów. To skrajny, ale nie jedyny przykład demagogicznych sądów i zachowań, jakie wywołała dramatyczna sytuacja zadłużonych placówek służby zdrowia - uważa publicystka "Rzeczpospolitej" Małgorzata Solecka.

Fakty są takie: ani komornicy, ani wierzyciele szpitali, którzy walczą o swoje pieniądze, prawa nie łamią. Przez całe lata natomiast urzędnicy państwowi, samorządowi, część dyrektorów szpitali - działających m.in. pod presją związkowców - lekceważyli problem zadłużania się publicznej służby zdrowia. Działania ratunkowe rozpoczęte w 2005 roku okazały się niewystarczające albo spóźnione - przynajmniej w stosunku do części szpitali.

Zdaniem autorki komentarza w "Rz", to nie przypadek, że dramatyczne chwile przeżywają dwa szpitale we Wrocławiu i jeden w Legnicy. Można się spodziewać, że w najbliższym czasie opinia publiczna dowie się o trudnej sytuacji kolejnych placówek z tego regionu. Przez lata eksperci przypominali, że liczba łóżek szpitalnych była na Dolnym Śląsku dostosowana nie do potrzeb mieszkańców, ale armii Układu Warszawskiego przygotowującej się do ataku na Europę Zachodnią. I politycy, i samorządowcy - właściciele szpitali - zdawali sobie sprawę, że szpitali jest za dużo. Jednak zabrakło odwagi do ich szybkiej likwidacji. Długi narastały lawinowo - i teraz przychodzi płacić za zaniechanie.

Polskie szpitale potrzebują dziś jednego - natychmiastowego przekształcenia w spółki prawa handlowego. Tylko w ten sposób nareszcie będą mogły mieć prawdziwych właścicieli i prawdziwych menedżerów. Nic innego nie rozwiąże ich problemów - uważa Małgorzata Solecka.

Źródło informacji: PAP

:arrow: źródło informacji: Interia.pl

Kalinka - 2007-02-07, 15:18

Rekordowe odszkodowanie za błąd medyczny

Środa, 7 lutego
Wczoraj Sąd Okręgowy w Katowicach zasądził rekordowe odszkodowanie na rzecz dziecka - Piotrusia S., poszkodowanego w wyniku błędu medycznego przez Szpital Kliniczny nr 6 Śląskiej Akademii Medycznej.

Chłopiec dostanie 700 tys. zł zadośćuczynienia, około 130 tys. zł odszkodowania oraz 3280 zł miesięcznej renty.

Jest to sprawa bez precedensu - najwyższe zadośćuczynienie zasądzone dotychczas przez polski sąd w tzw. sprawach medycznych.

W następstwie rażących zaniedbań w organizacji szpitala i niedopełnienia obowiązków przez lekarzy i pielęgniarki, do rdzenia kręgowego operowanego dziecka podano po operacji zamiast znieczulenia kroplówkę - tzw. żywieniową. Spowodowało to trwałe zniszczenie rdzenia, paraliż okolic klatki piersiowej i dolnej połowy ciała.

Dziecko porusza się na wózku i według aktualnej wiedzy medycznej nie ma nadziei na powrót do zdrowia. Postępowanie w pierwszej instancji trwało ponad 3 lata.

- Cieszę się z tego wyroku. Postępowanie było bardzo trudne, ponieważ szpital niemal do końca kwestionował swoją odpowiedzialność. Dopiero na ostatniej rozprawie, tuż przed ogłoszeniem wyroku, przyznał, że ponosi winę za tę tragedię - powiedziała INTERIA.PL tuż po ogłoszeniu wyroku pełnomocnik Piotrusia S. mecenas Jolanta Budzowska.

- Odszkodowania za błędy medyczne powoli rosną. Jest to dobry znak, bo w sytuacji, kiedy dochodzi do błędów medycznych, rekompensata materialna jest jedyną szansą na godne życie poszkodowanych - dodała mec. Budzowska.

:arrow: Źródło: interia.pl

kabatka - 2007-02-19, 10:24

Choroba tylko po polsku
PAP

Od tego roku pacjent podczas wypisu ze szpitala, na karcie informacyjnej z leczenia, np. zamiast łacińskiego skrótu nazwy choroby "CA" przeczyta rozpoznanie w języku polskim: "rak" - zauważa "Gazeta Krakowska".

To nowe zalecenie ministra zdrowia. 21 grudnia 2006 r. wydał on rozporządzenie, które mówi m.in. o obowiązku wpisania rozpoznania choroby na karcie pacjenta, nie po łacinie - jak dotychczas - ale w języku polskim. - Co zrobić w sytuacji, jeśli rodzina wręcz błaga, by nie powiedzieć choremu, że ma raka - mówi gazecie Jarosław Ziemichód, kierownik Centralnej Izby Przyjęć w Szpitalu im. J. Dietla w Krakowie.

Wielu lekarzy uważa ten zapis za kontrowersyjny. - Nie jestem przekonany, czy posiadam prawo do ujawnienia pacjentowi całej prawdy o chorobie. Istnieją osoby, które po prostu nie chciałyby wiedzieć wszystkiego, które nie uniosą takiego ciężaru psychicznego. W przypadku poważnych schorzeń musimy być szczególnie ostrożni. Zgodnie z kodeksem etyki zawodowej posiadamy prawo, by w pewnych sytuacjach nie udzielać pełnej informacji o chorobie - twierdzi Jerzy Freydiger, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Krakowie.

Prezes wskazuje na kolejny aspekt tej sprawy. - Rozpoznanie napisane po łacinie jest rozumiane w placówkach medycznych na całym świecie, a nasi pacjenci coraz częściej korzystają z pomocy lekarskiej za granicą. Nie można lekceważyć tego elementu. Poza tym łacińska jednostka chorobowa często jest trudna do przetłumaczenia po polsku - mówi.

Krzysztof Bederski, dyrektor ds. lecznictwa w Szpitalu im. Jana Pawła II ucina dyskusję. - Pacjent ma obowiązek wiedzieć, na co jest chory - powiada. Szpital Powiatowy w Zakopanem już od kilku lat zastąpił łacinę językiem polskim. - Zdarzają się sytuacje, że chętnie napisałbym rozpoznanie po łacinie, ale wiem, że mam obowiązek poinformowania pacjenta i jego rodziny o chorobie - mówi "Gazecie Krakowskiej" Sylweriusz Kosiński, dyrektor lecznicy.

Zdania pacjentów są również podzielone. - Może w poważnych chorobach wielu z nas nie chce znać prawdy, ale w pozostałych przypadkach pełna wiedza o schorzeniu jest niezwykle istotna - mówi Zofia Widerska z Krakowa. Warto wspomnieć, że w większości krajów Unii Europejskiej karta informacyjna pacjenta wypełniana jest w języku ojczystym - odnotowuje gazeta.

:arrow: źródełko

Aśka - 2007-02-21, 09:21

Wiecie, co ja bym nie chciała wiedzieć "najgorszego". Mój tata w ubiegłym roku trafił do szpitala - miał problemy z oddychaniem. Jedno prześwietlenie i leczenie, drugie....itd. Przepustka do domu, i znowu na oddział. I wiecie co wezwał pan doktor moją mamę do gabinetu i pyta się: wie pani, co mężowi dolega? A mama na to, że tak, ma wodę w płucach, raz odciągali i teraz podobno znowu "nabrała". Lekarz mówi: no niestety to rak, szalejący nowotwór. Mama wręcz błagała lekarza, aby nie mówił, aż nie będzie wszystkich 100% wyników badań.
I wiecie co, po kilku tygodniach, lekarz wzywa mamę i mówi: no, mąż miał dużo szczęścia - okazało się, że to jedynie woda w opłucnej. Po analizie jej, nie stwierdzono komórek nowotworowych. A mój tata, gdyby wtedy usłyszał taką diagnozę - to by go to zabiło, nie miał by siły walczyć z chorobą. Lekarze są nieraz też omylni. :-(
Ale do tej pory zastanawiam się na jakiej podstawie tak mógł powiedzieć bez cienia nadziei, a wynik okazał się całkiem inny, to jest najsmutniejsze.... :cry:

kabatka - 2007-02-21, 09:28

Jasne, jeśli nie ma jeszcze wszystkich wyników, to bardzo ostrożnie z informacjami.
Ale jeśli wiadomo na pewno, że to ta choroba, to mimo tego że oczywiście zdarzają się cuda - ja akurat jestem zdania, że pacjent powinien wiedzieć.
Jeśli to śmiertelna choroba, chory może chcieć się pożegnać, coś załatwić... Poza tym wciąż się słyszy, że takie rzeczy i tak sie wyczuwa, więc po co nawzajem sie oszukiwać. Nie wiem :nzastanawianie: może łatwo mi mówić, bo nie chorował nikt śmiertelnie z moich bliskich dorosłych.

Aśka - 2007-02-21, 09:34

Może i tak Monia. Są i ludzie, którzy może po takiej diagnozie mobilizują się i zapierają w walce. Ale masz rację - takie rzeczy się czuje. Mój tata też pewnie to czuł, tylko on znowu nie chciał mamy i nas wszystkich "dołować". Ja nie potrafiłam przesiedzieć w jego obecności aby nie wyjść i nie wyć na korytarzu. Jestem słaba psychicznie w takich sytuacjach.
karolina1 - 2007-02-21, 12:40

Kiedy mojego męża tata trafił do szpitala,lekarz wezłam męża na rozmowe powiedział nam że tata ma raka złośliwego i że przeżuty są juz prawie wszędzie i nic się nie da zrobić.Cały dzięn mysleliśmy jak to przekazać tacie ja cały dzień beczałam tak się bałam o męża jak sobie poradzi z przekazaniem takiej wiadomości własnemu ojcu, i jak tata poradzi sobie z taką diagnozą.Okazało się że mąż nic nie musiał mówić,a tata wiedział więcej niż on,to on go wyprzedził i to on go pocieszał że ma się nie martwić jakoś to będzie,to jest nie samowite on dokońca życia cały czas myslał tylko żeby nie martwić nas bliskich nie myślał o sobie potrafił jeszcze nas pocieszać.Był bardzo dobrym człowiekiem,bardzo nam go brakuje.
Ewelina - 2007-02-22, 11:19

Mojej przyjacółki brat jest diagnozowany od 3 lat. W tym czasie odwiedził większosć specjalistycznych szpitali na śląsku, za kazdym razem diagnoza była inna. Już 3 razy zdiagnozowali mu rózne odmiany raka, był chory na neuroboleriozę miał toksyczne zapalenie stawów, zapalenie mózgu :shock: i wiele innych dolegliwości. Lekarze pewni swoich diagnoz przekazywali informację tylko rodzinie, za każdym razem dawali kilka miesięcy życia. On doskonale wiedział, że coś z nim nie tak ale nigdy do końca nie był pewien na co choruje. Po dwóch latach stracił pracę, starał sie o rentę i wszystko było by Ok gdyby nie ostatnia diagnoza " JEST ZDROWY" . I to spowodowało że 30 - letni facet nie ma pracy, nie ma szans na normalne życie, dalej choruje i dalej nie wie na co choruje.


To dowodzi, że nawet wykonanie wszytskich potrzebnych badań nie daje 100% pewności choroby. Zawsze te same badania nalezy wykonywać min 2 razy u róznych lekarzy. Tylko niestety w Polsce to niemożliwe :-(

Aśka - 2007-02-22, 14:33

:wow: niesamowite :nie:
kabatka - 2007-04-13, 11:11

Rodzice zapłacą za pobyt przy dziecku
źródło: Dziennik

Warszawskie szpitale przy ul. Działdowskiej, Litewskiej i Niekłańskiej zapowiadają, że rodzice, którzy czuwają w tych lecznicach przy chorym dziecku będą musieli za to zapłacić około 10 zł za dobę - czytamy w "Dzienniku". Opłaty miałyby być wprowadzone już od początku maja.

Dorosły opiekun przebywa przy dziecku przez cały okres hospitalizacji. W tym czasie praktycznie mieszka w szpitalu. W lecznicy dba o swoja higienę osobista, pierze odzież, ładuje telefon komórkowy, czasami podłącza laptopa. - Pobyt rodziców dzieci nas kosztuje. Wydajemy przecież dodatkowe pieniądze na wodę, prąd, środki czystości - mówi Jolanta Strzelecka, zastępca dyrektora w szpitalu przy Niekłańskiej. Płacimy za każdego pacjenta podwójnie, a NFZ nie zawraca nam pieniędzy za koszty pobytu rodziców - dodaje.

Dla tych lecznic to poważny problem, bo i tak są zadłużone. Wszystko wskazuje na to, że nowy system ruszy już z początkiem maja. Za każdą dobę pobytu w szpitalu razem z dzieckiem, jego opiekun będzie musiał zapłacić ok. 10 zł - pisze "Dziennik".

:arrow: źródełko

________________________

Wiecie co, rozumiem, trudną sytuację szpitali, służby zdrowia, nawet rozumiem, że chcą pobierać te opłaty, tylko jak podchodzimy do wszystkiego wolnorynkowo, to ja płacąc, wymagam.
A zatem wymagam:
- możliwości rozłożenia łóżka, choćby polowego, kiedy opiekuję się moim dzieckiem w szpitalu. Podczas naszego pobytu w szpitalu było tak, że mamy koczowały na jakiś karimatach, niemal pod łóżeczkami własnych dzieci, wykończone z niewyspania tak, że czasami dziecko płakało, a one nawet się nie budziły, bo były tak zmęczone. Ja w zasadzie byłam w komfortowej sytuacji, bo miał mnie kto zmienić, mogłam się w domu wykąpać, przebrać, mogłam złapać inne powietrze niż szpitalne - co jest strasznie ważne;
- możliwości wzięcia prysznica, cywilizowanego umycia zębów, siebie - widziałam przypadki, kiedy matki trafiały na Działdowską po porodzie, do domu ileś tam kilometrów, więc nie mogły jeździć się tam umyć, a w szpitalu nie ma pryszniców specjalnie dla rodziców. Pielęgniarki przymykały oko i pozwalały się kąpać w łazience dla dzieci na piętrze, ale jak już chcą brać opłaty, to nie przystosują warunki tak, żeby każdy wiedział, za co płaci;

To chyba dwa główne argumenty - być może na Działdowskiej zmieniły się teraz warunki socjalne, bo miał tam być w listopadzie remont, więc może już nieaktualne jest to, o czym piszę. Oby!

mija - 2007-04-13, 11:16

Właśnie tak, Moni.
Dobrze, że to już za mną ten pobyt w szpitalu bo za te 58 dni nieźle by mnie skasowali.
Ale w CZD umyć się nie dawali w łazienkach. Pozostawała malutka umywalka w toalecie...

GRADKA12 - 2007-04-13, 22:03

To straszne co piszecie :cry:
Ja z Michasiem 3 razy leżałam w ICZMP na kardiologii i tam nie było żadnego problemu. w pięciu izolatkach są łazienki. Jeśli pozostaje się z dzieckiem na sali wieloosobowej (2-3 dzieci) to też nie ma problemu z łóżkiem czy prysznicem. Za izolatki trzeba zapłacić. Natomiast za łóżko przy dziecku na tych większych salach, jeśli ktoś nie ma pieniędzy to pielęgniarka oddziałowa zwalnia z opłaty.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group